czwartek, 24 sierpnia 2017

Rozdział dwudziesty dziewiąty: Przedświąteczna gorączka

– …zostały tylko trzy dni, a wciąż nie wiemy, czy kuzyni od strony mojej matki przyjadą, choinka jest beznadziejna i stanowczo za wysoka, a nie znajdziemy teraz już nic, co nie przypominałoby wyliniałego iglaka, nie mamy gotowych większości potraw, Roxanne nie będzie miała co jeść, bo nawet nie wiemy, na jaką kolejną idiotyczną dietę przeszła, zestaw porcelany mojej praprababki okazał się niekompletny, a Ursula nie potrafi poprawnie wykonać nawet najprostszego polecenia, ta dziewczyna jest kompletnie bezużyteczna…
Ted chętnie dowiedziałby się, co współpracownica jego narzeczonej miała wspólnego ze „Zbliżającą-Się-Wielkimi-Krokami-Katastrofą-Zwaną-Powszechnie-Świętami-Bożego-Narodzenia”, ale był zbyt mocno przywiązany do ziemskiego padołu, by ryzykować własnym życiem.
– …zresztą nie tylko ona, ty z tym swoim stoickim spokojem też zupełnie mi nie pomagasz! Uważasz, że wszystko zrobi się samo, a tymczasem, może to do ciebie wciąż nie dotarło, Klejnotek nie kupił dzisiaj niemal połowy składników niezbędnych do przygotowania potraw świątecznych! Zupełnie nic nie robisz, tylko siedzisz i głupio się uśmiechasz! Matka miała rację, kobiety mogą liczyć tylko na siebie nawzajem…
Ted chętnie przypomniałby Victoire, że ich skrzat doskonale wywiązał się z zadania, jakim były zakupy spożywcze, tylko to ona zmieniła zdanie co do szykowanych potraw. Nie miał pojęcia, który raz, bo już dawno stracił rachubę.
Ted chętnie zauważyłby również, że skoro natura nie obdarzyła go dwoma chromosomami X, nic nie stoi jego narzeczonej na przeszkodzie, by zwrócić się o pomoc do własnej matki, zamiast wyżywać się na nim.
Jednak naprawdę nie uśmiechało mu się umierać w wieku dwudziestu pięciu lat.  
Mimo to w chwilach takich jak ta – gdy Victoire Weasley w pełnej okazałości prezentowała, na co ją stać – Lupin zastanawiał się, co trzymało go przy życiu tylko przez chwilę. Wystarczało bowiem jedno dokładniejsze spojrzenie na jej piękną, nieco podłużną twarz, by uzyskać odpowiedź równie oczywistą jak stwierdzenie, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie.
Pomimo że furia w ciemnozielonych oczach dziewczyny była obecnie aż za nadto widoczna, a gwałtowna gestykulacja i podniesiony głos dopełniały wizerunku Wkurzonej-Do-Granic-Możliwości-Victoire, Ted bez trudu i większego zdziwienia dostrzegł, że jej lewe ramię nieco drży. Dlatego, zamiast wstawać i bawić się w kłótnie, tłumaczenia czy pocieszania, z bezpiecznej pozycji fotela babci Andromedy stwierdził spokojnym i niemal flegmatycznym tonem:
– Babcia Molly może i trochę popłacze, że wszyscy tak szybko dorastamy, ale będzie zachwycona. Ciocia Ginny też, szczególnie że nie musi sama martwić się w tym roku świętami, i tak ma dużo na głowie. Babcia Delacour, nawet jeśli faktycznie przyjedzie, nie da rady mnie od ciebie odciągnąć, bo na to już od dawna za późno. Wujkowie będą zachwyceni, że mogą się najeść i napić tanim kosztem, a dzieciakom zamknie się usta prezentami.
– To już nie są dzieciaki! – zaoponowała piskliwie Victoire. – W większości są dorośli, przynajmniej metrykalnie, od dawna mają swoje zdanie i uwierz, że choćby taki Louis, mój jakże kochany braciszek od siedmiu boleści, na pewno nie omieszka wytknąć mi każdej, choćby najmniejszej wpadki.
– Okej, może ujmę to inaczej – westchnął były Puchon, w myślach odliczając do dziesięciu. W końcu drżało jej ramię, musiał o tym pamiętać. – Czy pamiętasz swoje owutemy?
– A co do tego mają cholerne owutemy, Tedzie Remusie Lupinie?! Czy ty nie potrafisz być choć przez sekundę poważny?! Autentycznie kiedyś oszaleję!!! Mógłbyś wstać, jak do ciebie mówię, a nie siedzisz rozwalony jak jakiś król i…
Ted Remus Lupin, kompletnie ignorując potok słów wydobywający się z tylko pozornie niewielkiego ciała jego ukochanej, przeciągnął się na swoim ulubionym i wyjątkowo wygodnym fotelu będącym prezentem od babci Andromedy, a następnie uśmiechnął się pod nosem i stwierdził:
– Mnie utkwiły szczególnie te z transmutacji, przed którymi panikowałaś tak bardzo, że twoja sowa obudziła mnie o czwartej rano.
– Tylko nie zacznij mi teraz gadać, jak bardzo się poświęciłeś, wstając tak wcześnie, bo przysięgam, że… – Tu Victoire, na szczęście nadal oddalona na bezpieczną odległość od ich najnowszego nabytku, ciemnobrązowego, kawowego stolika, wykonała prawą ręką bardzo sugestywny gest obejmujący jej wysmukłą szyję.  
– Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałem? – zapytał wciąż spokojnie Ted, ignorując jawne groźby mordu, za to lustrując ją uważnym spojrzeniem.
– Prócz pretensji, że nie pozwalam ci się wyspać?
– Tak, prócz tego – odpowiedział, ostatkiem sił powstrzymując się przed wywróceniem oczami.
Najwyraźniej Victoire musiała w końcu usłyszeć w jego głosie coś, co starał się przekazać od początku, gdyż niespodziewanie przestała wymachiwać rękami i po chwili ciszy, przekrzywiając śmiesznie głowę, całkiem cicho stwierdziła:
– Że jedyna możliwość, w której zdam transmutację na mniej niż wybitny, to taka, gdy zdenerwuję się tak mocno, że nie będę stanie utrzymać w ręce pióra na teorii, a różdżki na praktyce.
Tak jak ataki Weasley od dawna nie stanowiły dla Lupina zaskoczenia, tak teraz na jego obliczu mieniło się autentyczne zdziwienie.
– Pamiętasz moje słowa aż tak dokładnie?
– Mam dobrą pamięć. – Wzruszyła ramionami, uśmiechając się do niego niemal nieśmiało. Nikt nie uwierzyłby w apokalipsę, którą urządzała jeszcze chwilę temu. Victoire, istny diabeł, wszystkim nieznającym jej wcześniej ludziom prezentowała się jako piękny, niewinny aniołek. Gdyby była taka naprawdę, życie z nią nie wyglądałoby nawet w połowie tak wymagająco, a jednocześnie tak ciekawie. – Jak na Krukonkę przystało – dodała z podejrzanym błyskiem w oczach, a Ted od razu włączył się w podjętą przez nią grę.
– Już dawno ustaliliśmy, że jesteś stuprocentową Ślizgonką, i to tak dobrą w manipulacji, że udało ci się oszukać nawet Tiarę Przydziału.
– Z grzeczności nie będę zaprzeczać – odparła, chichocząc i mrużąc oczy jak kotka. – Ale z ciebie też jest niezłe ziółko, mój niby-Puchonie. Nieźle to sobie wymyśliłeś: nie dałeś się sprowokować, nawet się nie podniosłeś, a jednocześnie nie próbowałeś mnie zapewniać, że nie mam co się przejmować, bo wszystko będzie w porządku.
– Bo wiem, jakby to na ciebie zadziałało. – Tym razem to Ted wzruszył ramionami, choć był pewien, że w jego wykonaniu nie było w tym geście nic seksownego. – Nie można przekazać ci żadnych oczywistości wprost, gdy znajdujesz się w stanie Wkurzonej-Do-Granic-Możliwości, chyba że chce się stracić życie bądź co najmniej kończynę.
Mówiąc to, powoli podniósł się z fotela i, nie spuszczając wzroku z nieco oburzonej, ale przede wszystkim zarumienionej twarzy Victoire, ominął stolik kawowy, który zupełnie nieoczekiwanie z tarczy ochronnej zamienił się w niechcianą przeszkodę. Chwilę później stał na tyle blisko narzeczonej, że mógł bez trudu dostrzec wszystkie złociste punkciki mieniące się w jej ogromnych oczach, lecz jednocześnie na tyle daleko, by nie dotknąć dziewczyny nawet za pomocą ubrania. Chyba faktycznie mam w sobie coś ślizgońskiego, pomyślał, widząc na twarzy Weasley wyraźne zniecierpliwienie, i zaśmiał się cicho.
– Bo zaraz dojdę do wniosku, że naprawdę nie ma z ciebie żadnego pożytku, tak jak z tej całej Ursu… Och! – zdążyła tylko jęknąć Victoire, gdy Ted wspaniałomyślnie postanowił przestać się nad nią znęcać i pocałował z namiętnością, o jaką jeszcze pięć lat temu w życiu by go nie posądziła.
Albo po prostu sam już nie mógł wytrzymać, pomyślała, zanim jej bystry krukońsko-ślizgoński rozum został przeniesiony w stan błogiego odpoczynku.
Niestety, powrót do rzeczywistości nadszedł o wiele szybciej, niż oboje by sobie tego życzyli. Gdy do drzwi wejściowych rozległo się głośne pukanie, zawiedziona Victoire zdała sobie sprawę, że zarówno ona, jak i Ted nie zdążyli jeszcze pozbyć się nawzajem bielizny. Lupin w białych bokserkach był w tej chwili zdecydowanie za bardzo ubrany…
Na Rowenę, zdecydowanie za mało!, poprawiła się szybko w myślach, gdy kolejne uderzenia w drzwiach uświadomiły jej zbliżające się niebezpieczeństwo. Jasne, mieszkała z Tedem niemal od roku i chyba nikt nie posądzałby ich o wstrzemięźliwość, ale jeśli dobijała się do nich babcia Delacour, to nawet największe starania nie uratowałyby Lupina przed ostateczną karą ze strony najgroźniejszej kobiety francuskiej części rodziny Victoire. Kobiety, która nie lubiła niemal niczego, a nienawidziła, zupełnie przypadkiem, dwóch typów homo sapiens – mężczyzn i Anglików.
Ted miał więc ogromnego pecha.
– To nie ona, Victoire – zawołał Lupin, rzucając w nią koszulę, której jeszcze przed chwilą z ogromną wprawą jej pozbawił. – Twoja babcia nigdy nie zachowałaby się „tak niekulturalnie”.
Weasley znała swojego narzeczonego zbyt dobrze, by dziwić się, z jaką łatwością potrafi czytać w jej myślach, więc złapała ubranie i, zakładając je z prędkością światła, odparła:
– Wiesz równie dobrze jak ja, że mogłaby się zachować o wiele gorzej, gdyby uznała, że trzeba, i na pewno znalazłaby jakieś genialne usprawiedliwienie.
– To Lily – wtrącił Ted, kierując się do przedpokoju, a tym samym nie mogąc zobaczyć grymasu, jaki automatycznie pojawił się na twarzy jego narzeczonej.
– No tak, jak mogłam zapomnieć! Wrócili już z Hogwartu.
– Victoire, proszę cię.
– Teddy, wiesz aż za dobrze, jaka ona jest, i naprawdę nie mogę zrozumieć twojej fascynacji tą dziewuchą.
– Albus – odpowiedział jednym słowem, ucinając wszelką dyskusję.
Z tym Victoire nie mogła dyskutować, a nawet jakby chciała, Lupin nie dał jej takiej możliwości, ponieważ otwierał właśnie drzwi, uwalniając ich tym samym od namolnego pukania, za to zsyłając zło w postaci Lily Luny Potter. Weasley nawet nie starała się sprawiać pozorów miłej, mrożąc nastolatkę lodowatym spojrzeniem. Gdyby małolata nam nie przerwała, może bym się wysiliła, a tak…
Jakie było jej zdziwienie, gdy kuzyneczka obdarzyła ją może i nieco wymuszonym, ale z pewnością nie złośliwym uśmiechem. Victoire aż przetarła oczy, by uświadomić sobie, że nie śni. Świat kompletnie oszalał! Jak tak dalej pójdzie, to do świąt możemy w ogóle nie dożyć, bo to chyba początek końca…!
– Cześć. Sorry, że wpadłam tak bez zapowiedzi, ale nie miałam czasu napisać – odezwała się Potter, zdejmując ciemnozielony płaszcz i jednocześnie strzepując na podłogę tonę śniegu, którego naniosła.
Złość momentalnie wykrzywiła piękne oblicze Weasley. Jakbym nie miała wystarczająco dużo do roboty! Potter zachowuje się tak samo bezczelnie jak zwykle, a ten grymas przypominający uśmiech miał tylko uśpić moją czujność! Zła na siebie za tak ogromną naiwność prychnęła głośno, przyciągając w ten sposób uwagę Teda.
– Kochanie, proszę…
Victoire, czując, jak furia powoli znów ją zalewa, kompletnie zignorowała narzeczonego oraz jego psi, pełen niemego błagania wzrok. Przez zaciśnięte zęby wykrztusiła:
– Jakbyś nie widziała, droga Lily, to ja w tym roku zapraszam całą rodzinę na święta, i nie po to całymi dniami sprzątam, żebyś mi tu wszystko rozwalała! KLEJNOTEK, przyjdź mi tu w tej chwili!
Na środku korytarza natychmiast zmaterializował się prawdopodobnie najbardziej w tej chwili przerażony skrzat w całej Wielkiej Brytanii. Jego małe, ciemnoszare ciało dygotało niczym trawione czterdziestostopniową gorączką, a głos drżał, gdy wyjąkał:
– Słucham, panienko Weasley.
– Pozbądź się natychmiast tej sterty powykrzywianych badyli, która stoi w salonie i śmie udawać choinkę. Idziemy na Pokątną po nową, a jeśli będzie trzeba, to przejdziemy i cały Londyn. Mam gdzieś ustawy o tajności czy bezpieczeństwie! Zrozumiano?! – ryknęła w przestrzeń, a skrzat i Lily automatycznie oraz wyjątkowo zgodnie pokiwali głowami.
Ted za to przypatrywał się narzeczonej lekko zawiedziony, co dodatkowo ją rozjuszyło. Nie ma co liczyć na zakończenie tego, co przerwała nam Potter, będzie spał dzisiaj na kanapie i koniec kropka!, obiecała sobie w myślach, tupiąc jednocześnie nogą niczym mała dziewczynka. Nie zamierzała brać dłużej udziału w tej idiotycznej dyskusji, dlatego obróciła się na pięcie i udała do sypialni, aby się przebrać. Gdy kilka minut później wróciła do przedpokoju, znajdował się w nim jedynie gotowy do wyjścia Klejnotek. I bardzo dobrze, pomyślała oburzona, że nie muszę ich już widzieć, o! Niech się spalą w tej kuchni, przynajmniej będzie spokój!
Wychodząc, nie omieszkała trzasnąć drzwiami tak mocno, że Lily, znajdująca się wraz z Lupinem w małej, choć przytulnej kuchni, aż podskoczyła.
– Ty, Teddy, to naprawdę masz zapędy masochistyczne. Wszystkie najbliższe ci kobiety to prawdziwe wariatki.
– Czyżby wreszcie włączył ci się samokrytycyzm? – zapytał Ted, unosząc prawą brew. Nigdy nie tracił okazji, by podroczyć się z Lily, żywiąc najwyraźniej wyjątkowo naiwną nadzieję, że kiedyś osiągnie zamierzony efekt.
– Chyba tak – odparła bez cienia ironii.
Lupin spokojnie popijał świeżo zaparzoną herbatę cynamonową z ogromnego, świątecznego kubka, jednak gdy usłyszał odpowiedź dziewczyny, jego ulubiony napój zamiast w jamie ustnej wylądował na stole.
– Słucham? Możesz powtórzyć? – zapytał, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
– Wygrałeś, Luppy – odparła Potter gorzko, unikając jego wzroku. – Miałeś rację od samego początku. Nie jestem samowystarczalna. Nikt nie jest.
– To nie był konkurs, Lily – stwierdził poważnie Ted, kładąc rękę na jej ramieniu, na co w żaden sposób nie zareagowała.
– Nie zironizujesz? Nie zapiszesz gdzieś, że wreszcie przyznałam ci rację? A właściwie komukolwiek?
– A po co? – Wzruszył ramionami. – Już nie ma potrzeby.
Krukonka kiwnęła głową i wreszcie na niego spojrzała, a w jej oczach chyba po raz pierwszy dostrzegł tak wiele różnych emocji.
– Boję się o Albusa – wyjawiła niemal szeptem i tylko pozornie była to zmiana tematu.
Lupin zacisnął mocno wargi, kręcąc się niespokojnie na krześle. Wiedział, że prędzej czy później temat brata Lily zostanie poruszony, choć nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko i w taki sposób. Niespodziewana otwartość jego „młodszej siostry”, jak zawsze nazywał Potter w myślach, z której jeszcze przed chwilą szczerze się cieszył, teraz okazała się poważną przeszkodą. Zdawał sobie sprawę, że nie byłoby ani łatwo, ani przyjemnie ukrywać przed Lily fakty, nawet gdyby zachowywała się jak zawsze, a w takiej sytuacji… Wyrzuty sumienia zaczęły go zżerać, zanim w ogóle się odezwał.
Ale obiecał wujkowi Harry’emu, że nic jej nie powie, i zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to dobry wybór. Dlatego właśnie zdecydował się postawić na swoje, raczej mierne, umiejętności aktorskie i z niczym się nie zdradzić.
– Wiem – westchnął, gorączkowo próbując wymyślić, co należałoby powiedzieć dalej. Wszystko wydawało mu się jednak albo nie na miejscu, albo sztuczne. Wszystko prócz tego, co faktycznie wiedział.
Na szczęście Lily nie zauważyła jego wahania, a może – co było znacznie bardziej prawdopodobnie – nie była w nastroju, by zwracać na to uwagę. Wybuchając gwałtownie, sama pociągnęła temat:
– To wszystko jest totalnie bez sensu! Nic się nie ruszyło. Nie wiem, ile godzin spędziliśmy w bibliotece na poszukiwaniach czegokolwiek o tej klątwie, wszystko na próżno. A szukanie sprawcy?! Kolejna porażka. Włóczyłam się nocą za Paulem Zabinim, mając nadzieję, że może to coś da, ale nie! Ukrywa jakieś pudełka na siódmym piętrze i tyle. Zaczynam wątpić, że to uczeń. Niby jak ktoś, kto nie skończył szkoły, mógłby tak długo się ukrywać i tak dobrze czarować?! Ale nauczyciel? To jest jakieś chore! Niby żyjemy w normalnych czasach, nie ma żadnej wojny, a mam wrażenie, jakbyśmy przenieśli się żywcem w czasy mojego ojca. Wtedy pod jednego nauczyciela podszywał się śmierciożerca, pamiętasz?
– Tak – odpowiedział z automatu oszołomiony Lupin. Ledwo nadążał za potokiem słów wylewających się z Potter. Niebezpiecznie przypominało mu to sytuację sprzed kilkunastu minut z Victoire w roli głównej. – Barty Crouch Junior.
– Dokładnie! Ale czy historia lubi się aż tak powtarzać? – zapytała Lily, patrząc na niego natarczywie, jakby naprawdę oczekiwała odpowiedzi.
A na to niestety odpowiedzieć nie umiał. Nikt nie umiał. Gdyby było inaczej, sprawa Albusa już dawno zostałaby rozwiązana.
Dlatego właśnie kilkanaście kolejnych minut spędził na dyskusji nad mniej lub bardziej irracjonalnymi teoriami, całkiem skutecznie zagłuszając wyrzuty sumienia, które tylko czekały, by zaatakować go, gdy zostanie sam.

Gdy tylko udało mu się wyrwać z francuskiej posiadłości rodu Janvierów, Olivier momentalnie poczuł, jak frustracja ustępuje miejsca radosnemu oczekiwaniu. Na odczuwane szczęście składało się kilka czynników, między innymi padający od kilku dni gęsty śnieg, który obecnie przykrywał niemal metrową warstwą cały ogród, a swoim ciężarem uginał okazałe drzewa. Olivier był przekonany, że w Anglii mogli liczyć co najwyżej na mieszankę deszczu z czymś białawym. Mimo że od rozpoczęcia nauki w Hogwarcie opinia chłopaka na temat Wielkiej Brytanii nieco się polepszyła, to niestety tamtejsza pogoda nie zaskoczyła go pozytywnie ani razu. Janvier wspaniałomyślnie uznał, że nie zapyta Hugona o śnieg w liście, by niepotrzebnie go nie wkurzyć. O ile Weasley w ogóle umiałby obecnie czymś się choćby troszkę zdenerwować. Od pewnego czasu przypomniał bowiem chodzącą fabrykę różowych mugolskich jednorożców, tryskającą czystym, niczym niezmąconym szczęściem. Mimo to Olivier nie miał siły ani serca robić sobie z kumpla żartów. No chyba że razem z George’em.
Drugim pozytywem tegorocznych świąt było ich spędzenie na terenie Francji. „Niedogodność” w postaci magnata Marcusa Henrica Janviera, a prywatnie jego tatuśka, chłopak musiałby tolerować niezależnie od miejsca, a więc w swojej ocenie skupiał się na innych ludziach. A ku nieustępującemu od lat zdziwieniu Oliviera rodzina od strony ojca była o wiele normalniejsza niż ta matki. Gryfon nie umiał wyjść z podziwu, jakim cudem jego wspaniała babcia miała aż tak okropnego syna. Kwestia wychowania nie mogła odgrywać tutaj dużej roli; pewnie chodziło o jakieś wyjątkowo niekorzystne mutacje za czasów życia płodowego, o których słyszał w mugolskiej podstawówce.
Owszem, może dziadek nie był tak świetny jak babcia, ale do parszywego charakteru ojca dużo mu brakowało, natomiast resztę francuskiej rodziny Olivier uważał co najmniej za znośną. Zdecydowanie nie narzekał, że to właśnie z nimi spędzi całe święta, a angielskich kuzynków będzie musiał tolerować tylko przez niecałe dwa dni, gdy przyjadą do nich w odwiedziny. Jednak to nie perspektywa biesiadowania z lepszą częścią familii sprawiała, że chłopaka ogarnęła prawdziwa ekscytacja. Chodziło o inną rodzinę: tę nie narzuconą, a wybraną.
Otóż wreszcie nadszedł moment, w którym miał spotkać się z Simonem i Philippe’em po raz pierwszy od czterech miesięcy. I to nie na jakimś zwykłym spotkaniu, a na „Miniwigilii”. W przeciwieństwie do Brytyjczyków dla Francuzów dwudziesty czwarty grudnia stanowił bardzo ważny dzień; zresztą jak można by dobrowolnie zrezygnować z foie gras czy bûche de Noël, szczególnie babci Janvier? „Miniwigilia” była niemal tak samo istotna.
Gdy na trzecim roku okazało się, że rodzice Simona muszą gdzieś wyjechać akurat tuż przed świętami, przyjaciele z Beuxbatons zgodnie doszli do wniosku, że to idealna okazja, by wyprawić własną, młodzieńczą alternatywę wigilii. W końcu każda okazja na imprezę była dobra, a jeśli dodatkowo miało się dobrą przykrywkę czy wymówkę, łatwiej broniło się następnie przed wściekłymi rodzicami. Na początku czwartej klasy Olivier, Philippe i Simon uznali, że zrobią z „Miniwigilii” coroczną tradycję, ale niestety za drugim razem nie mieli szczęścia, ponieważ jak na złość rodzice żadnego z nich nie chcieli opuścić domostw nawet na kilka godzin. Dlatego „wieczerza” w posiadłości Janvierów okazała się o wiele spokojniejsza i zdecydowanie bardziej cywilizowana niż jej poprzedniczka.
W tym roku los ponownie się do nich uśmiechnął. Państwo Filion wyjechali do Nicei, gdzie mieszkała większa część rodziny Philippe’a, już trzy dni przed świętami. Po długich pertraktacjach i solennych zapewnieniach chłopców, że będą grzeczni, a dom nie zostanie zrównany z ziemią, Filionowie pozwolili, by syn zaprosił przyjaciół na „Miniwigilię” z nocy z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego grudnia.
I mimo że Olivier wraz z kumplami miał zamiar dotrzymać drugiej części obietnicy, to tę pierwszą wyrzucił z umysłu równie szybko jak Simon. Jedynie Philippe przypominał im codziennie od miesiąca – Janvierowi w listach, a Cartierowi bezpośrednio – że naprawdę nie mogą ponownie podpalić choinki, bo nie ma co liczyć na podobnego farta co na trzecim roku i uważać, że uda im ugasić się pożar bez interwencji osób trzecich czy magii, której jako nieletni nie mogą legalnie używać poza szkołą. Ani Olivier, ani Simon nic sobie z tego nie robili. Znali swojego przyjaciela zbyt długo i zbyt dobrze, by się nim przejmować. Niezależnie od tego, na jak bardzo porządnego pozował Filion, w rzeczywistości wcale nie należał do grzecznych i poukładanych. A nawet jeśli bardzo by chciał, z takimi przyjaciółmi nie dałby rady za długo pozostać normalnym.
Półmrok i coraz bardziej gęsty śnieg nie ułatwiały wędrówki Janvierowi, który i tak był nieźle objuczony zarówno oficjalnie przygotowanym przez skrzaty świątecznym jedzeniem, jak i mniej oficjalnie zorganizowanym alkoholem. Mimo to na ustach chłopaka widniał ogromny uśmiech. W pewnym momencie zaczął nawet podśpiewywać pod nosem gryfońską piosenkę zagrzewającą do walki na meczach quidditcha, co ze względu na kompletny brak umiejętności bardziej niż śpiew przypominało szlochanie Jęczącej Marty, którą Olivier miał nieszczęście poznać dwa miesiące wcześniej.
W przeciwieństwie do Simona Philippe mieszkał stosunkowo blisko Janvierów. Przy normalnych warunkach pogodowych Gryfon dotarłby tam maksymalnie w piętnaście minut. Jednak teraz to Cartier znajdował się w lepszej sytuacji – dzięki sieci Fiuu pewnie od dawna siedział z Filionem i robił sobie jaja z biednego kumpla! Tylko że Gryfon w rzeczywistości wcale nie czuł się poszkodowany. Właściwie miał wrażenie, jakby część niezmąconego niczym szczęścia Hugona właśnie magicznie znalazła się w jego żyłach, ponieważ kiedy z jednego z drzew spadła na jego głowę potężna warstwa śniegu, niemal zwalając go z nóg, on tylko głośno się zaśmiał i, poprawiwszy plecak i torby, podążył dalej.
Przez kilkanaście następnych minut nie rozmyślał nad niczym specjalnym, skupiając całą uwagę na otoczeniu. Pomimo słabego oświetlenia, na które składały się głównie poruszające się ozdoby świąteczne umieszczone zarówno na domostwach, jak i drzewach czy płotach, Janvier chłonął dobrze znane mu od dzieciństwa widoki. Czuł się tak, jakby wrócił do domu po kilkunastu latach, a przecież nie dalej jak wczoraj wybrał się z Anabelle na spacer po ich małej, magicznej mieścinie, którą najlepiej opisywało słowo „spokojny”. Zazwyczaj uważał to określenie za minus, ale teraz było inaczej, jakby nagle w Miravillage pojawiła się jakaś nowa, niecodzienna magia…
Oczywiście nie zamierzał dzielić się tak dziewczyńskimi spostrzeżeniami z kumplami. Dlatego gdy w końcu dotarł do wysokiego, pomalowanego na soczystą zieleń płotu, wyrzucił z głowy wszelkie dziwne przemyślenia i z całej siły przycisnął dzwonek przy furtce.
Nie musiał długo czekać na reakcję przyjaciół. Mimo że nie wyszli mu na spotkanie osobiście, przywitali go w bardzo widowiskowy sposób. Otóż w tym samym momencie, gdy Olivier usłyszał dźwięk odblokowujący furtkę, a werandzie zapaliło się światła, otworzyły się również drzwi wejściowe, udekorowane jemiołą i czerwonymi ozdobami świątecznymi, przez które z zabójczą prędkością wypadło brązowoszare, całkiem spore coś i poleciało prosto na niego. Janvier nie miał najmniejszych szans na ucieczkę przed niecodziennym przeciwnikiem, dlatego – wydawszy we własnym mniemaniu nieco za wysoki dźwięk – pogodził się z losem i pozwolił uderzyć się w pierś futrzastemu dziwactwu. Jako że nie miał wolnych rąk, by się przed nim bronić czy je przytrzymać, po zderzeniu coś upadło na ziemię z wypełnionym bólem jękiem.
To właśnie ten dźwięk wzbudził w chłopaku współczucie, ponieważ tembr głosu był charakterystyczny dla konkretnych magicznych stworzeń, wyjątkowo bliskich jego sercu. Tylko że jeśli mam rację, to jakim cudem – na miecz Króla Artura! – oni…
– Ukradliście hipogryfka?! – wykrzyknął w kierunku ciemnego przedpokoju, jednocześnie odkładając tobołki i podnosząc z ziemi wciąż pojękującą kupkę nieszczęścia. – Nawet jak na ciebie, Simon, to przesada.
– A tam zaraz ukradliśmy! Za kogo ty nas masz?! – Z wnętrza domu wysunął się Cartier, od razu obdarzając Janviera swoim firmowym uśmiechem numer jeden, zazwyczaj przeznaczonym dla płci przeciwnej.
Olivier automatycznie wywrócił oczami, jednak nie potrafił powstrzymać uśmiechu wpływającego na usta. Już chciał wyrazić pewne wątpliwości, gdy ubiegł go Philippe, który pojawił się za Cartierem.
– Nie musisz odpowiadać, znamy prawdę. Ale tym razem ten pajac wyjątkowo nie kłamie! Organelle urodziła aż pięć hipogryfków, więc szkoła postanowiła sprzedać dwa z nich…
– ...więc ci kupiliśmy, żebyś nie musiał płakać za Charlie. A gdy po raz kolejny zaszlochasz za Francją, czyli nami, to będziesz miał świetną poduszkę! Futro pierwsza klasa, mówię ci.
Z tym akurat Olivier w stu procentach się zgadzał, ponieważ głaskał machinalnie hipogryfka, który przestał jęczeć, a zaczął wydawać dźwięki przypominające mruczenie przeziębionego kota. Jednak cała reszta wciąż brzmiała wyjątkowo abstrakcyjnie.
– Kupiliście go i potem ot tak zabraliście z Beuxbatons? – zapytał, patrząc to na jednego, to na drugiego wielkimi oczami.
– Czas na tę bardziej problematyczną część… – zaczął Philippe, wpatrując się gdzieś za plecy Oliviera, ale przerwał mu Simon:
– E tam, wcale nie problematyczną, tylko po prostu trochę mniej legalną. Nie ukradliśmy hipogryfka, zapłaciliśmy za niego, więc jest nasz i nikt nie powinien się interesować, co z nim robimy! Karmimy go, bawimy się z nim, wycieramy mu tyłek, jest zadowolony! Nie zarzucą nam znęcania się nad zwierzętami. No chyba że ty, Ollie, zaczniesz mu, a właściwie jej, robić krzywdę; za to już nie odpowiadamy.
– Ale... jakim cudem udało wam się go przewieźć przez granicę szkoły? – Janvier wciąż pozostawał w na tyle ogromnym szoku, że mógł zadawać jedynie kolejne pytania.
– Kurde, coś ty taki sztywny się zrobił w tej Anglii? – zacmokał z udawanym niezadowoleniem Simon. – Jak ci się prezent nie podoba, to spoko, weźmiemy go z pow…
– Nie! – wykrzyknął Gryfon, przyciskając do siebie mocno futrzastą kulkę, a w tym samym momencie Philippe powiedział:
– Przekonaliśmy panią Lourdine, że moi dziadkowie od lat pragnęli zaopiekować się hipogryfkiem i że mają warunki, aby się nim zająć.
– Już nie bądź taki skromny, Filion, sam zbajerowałeś swoją ulubioną nauczycielkę, ja w tym momencie stawałem się niewinną ofiarą pazurów tego niby tak małego i niewinnego diabła wcielonego....
– Ona wcale nie jest moją ulubioną… – zaczął Philippe, jednak zdradziły go wściekle czerwone policzki.
– To ta nowa, młoda nauczycielka od fauny i flory magicznej? – wtrącił się Olivier, przypominając sobie treść jednego z listów od przyjaciół.
– Tak, świeżo po studiach, faktycznie niezła laska…
– Zamknij się, Cartier – krzyknął rozpaczliwie Filion, łapiąc go za rękaw.
– Wyluzuj, miłość to taka piękna sprawa, nie możesz przed nią uciekać! – zaintonował śpiewnie Simon, a następnie sprawnie uchylił się przed ciosem kolegi.
– Jesteście tak samo popieprzeni co zwykle, czyli wszystko w normie – skomentował całe zajście Olivier. – Tylko wy możecie dać komuś prezent, który narobi mu zdecydowanie więcej szkody niż pożytku.
– Nie komuś, tylko tobie, Janvier, do większości ludzi mamy lepszy stosunek, co nie, Philippe?
– Pewnie, pacanie. Tobie to trzeba kupić Gumę-Zaklejakę-Na-Wieki.
– Najpierw musisz to wynaleźć – stwierdził Simon, a następnie zwrócił się do Oliviera: – Wracając do tematu, tylko tobie taki prezent naprawdę by się spodobał, więc jesteś równie popieprzony. Jak nie bardziej.
– Bo to hipogryfek, Cartier, ale co racja, to racja – odparł ugodowo Janvier. – A teraz przestańcie już stać jak kołki, tylko weźcie mi pomóżcie z wyżerką, ja muszę się zająć moją nową poduszką.
– Mówiłem ci, żeby nie kupować mu hipogryfka, teraz kompletnie mu odbije – powiedział teatralnym szeptem Philippe, szturchając Simona.
W akompaniamencie śmiechów i dalszych przekomarzań chłopcy wreszcie opuścili ogród i przekroczyli próg domu. Gdy zamknęli drzwi wejściowe, ubranego w trzy warstwy Oliviera momentalnie zalał pot. Odłożył ostrożnie swoje najnowsze zwierzątko, które najwyraźniej zdążyło zasnąć, na szeroką szafkę na buty stojącą w przedpokoju, a następnie równie szybko co kumple pozbył się wierzchnich ubrań. Gdy poczuł, że znów może oddychać, wrócił do poprzedniego wątku:
– A tak na serio – tu jego przyjaciele ponownie wybuchnęli gromkim śmiechem, który tym razem udało mu się zignorować – jak waszym zdaniem mam zajmować się w Hogwarcie hipogryfkiem?
– Najpierw musisz go przewieźć przez granicę – odpowiedział nieco zakłopotany Filion. – Nie do końca przemyśleliśmy tę sprawę, zanim go kupiliśmy…
– Ups – stwierdził elokwentnie Olivier.
– Ale już to ogarnęliśmy – dodał Simon, machając od niechcenia ręką i wraz z resztą przechodząc do przestronnej, jasnej kuchni. – Twój ojciec pracuje w ministerstwie, więc nikt się go czepiać nie będzie.
– Tak, a niby jak konkretnie wyobrażasz sobie, że mój ojczulek cokolwiek dla mnie zrobi? Albo że ja o cokolwiek go poproszę?
– Poproś o pomoc Anabelle – odparł Philippe w sposób zadziwiająco przypominający niefrasobliwość Simona.
Janvier odstawił na blat kilka butelek alkoholu, które udało mu się zdobyć, przejechał rękami po twarzy, a następnie obrzucił przyjaciół nadal dość sceptycznym spojrzeniem.
– A co do wychowania hipogryfka, mamy też dla ciebie książkę, Ollie - zakomunikował Simon, nie dając mu dojść do słowa. – Bo niby skąd miałbym wiedzieć, jak wycierać tyłek małym, futrzastym, drapiącym do krwi kulkom?
– Współczuję matce twoich dzieci, a samym dzieciom to już teraz składam serdeczne kondolencje – zawołał teatralnie Janvier. – Czy ten hipogryfek ma jakieś imię? Mogę się założyć, że coś wymyśliliście, mimo że w teorii to prezent dla mnie.
Ku zdziwieniu Gryfona tak zwykłe, wydawałoby się, pytanie wywołało w jego przyjaciołach niemałą konsternację. Zamiast normalnie mu odpowiedzieć, Simon i Philippe zaczęli z ogromną energią rozkładać jedzenie na miski oraz talerze i kłócić się o to, jakie serwetki bardziej pasują do przygotowanej wcześniej porcelany.
– Zapytałem o coś – przypomniał im nieco zirytowany.
– Ty mu powiedz, Philuś.
– Nie, ty mu powiedz! To był twój pomysł z tym hipogryfem! Zawsze masz genialne pomysły, więc…
–  A tobie w ogóle nie podobał się ten pomysł, zupełnie – zauważył ironicznie Simon. – Nie byłeś zadowolony, że masz kolejny pretekst, by porozmawiać z profesor Lour…
– Jeśli masz jeszcze resztki mózgu w tej swojej głupiej głowie, to zaraz skutecznie cię ich pozbawię… – zawołał wojowniczo Filion, łapiąc Cartiera za ramię.
– Ollie, ratuj, on mi grozi!
– Zdradź mi imię hipogryfka, to może ci pomogę – odparł Janvier, odsuwając część talerzy i siadając na kuchennym blacie. Wciąż nie mógł uwierzyć w szopkę odgrywaną przez przyjaciół. Zdążył zapomnieć, jak bardzo są popaprani, a przecież wciąż byli trzeźwi! W Hogwarcie nie mógł liczyć na coś takiego.
– Martinaaaaa!!! – rozdzierająco zawył w odpowiedzi Cartier, próbując jednocześnie uciec przez Philippe’em i ścierką, której ten używał jako broni. Tym razem nieskutecznie. – Au, ty naprawdę jesteś powalony, cepie!
– Jaka znowu „Martina”? – zapytał Olivier, mrużąc oczy i kompletnie ignorując atak na Simona.
– No właśnie, powiedz mu – podjudzał swoją ofiarę Philippe, nadal przytrzymując go w miejscu. Może przestał już go bić, ale ścierkę wciąż trzymał w pogotowiu.
– Oj, to był taki żart. Jak wymyślaliśmy to imię, no to nic nie mogliśmy wymyślić.
– Ten twój rozbudowany język – westchnął Filion, zwalniając uścisk i siadając na krześle.
Simon odetchnął z ulgą, rozmasował ramię, odsunął się jak najdalej od Philippe’a, a następnie kontynuował:
– No to w pewnym momencie zdesperowany powiedziałem: „Przecież nie nazwiemy go Martinem, szczególnie że to dziewczynka”. A ten mały potwór zaczął piszczeć i podskakiwać, jakbyśmy wreszcie trafili. No to stwierdziłem: „Może Martina?”, a on zaczął się podniecać jeszcze bardziej! No i próbowaliśmy, naprawdę, to jakoś odkręcić, ale ten głąb nie chce reagować na żadne inne imię. A podobno hipogryfy to jedne z mądrzejszych magicznych stworzeń.
– Cartier, nie obrażaj mojego hipogryfka, nawet jeśli nazwałeś go tak okropnie! – przerwał mu Olivier, z trudem próbując pozostać poważnym. Przecież musiał choć przez chwilę przytrzymać Simona w niepewności. Widząc jednak pełne przerażenia spojrzenie przyjaciela, wraz z Philippe’em nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem.
Ich ofiara szybko do nich dołączyła. Rechotali tak głośno, obudzili główny temat ich rozmów, który przyleciał do salonu i bez wahania usadowił się na kolanach Oliviera.
– To takie słodkie – zaszczebiotał Simon. – Będziesz takim wspaniałym ojcem, pantoflarzu…
– Philippe, daję ci osobiste przyzwolenie na to, by jeszcze raz trzepnąć go tą ścierą.
Filionowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Jedynie Cartier wyrażał głośny sprzeciw wobec takiego traktowania, Martina wyglądała na równie zadowoloną co reszta.
– Od początku wiedziałem, że ten pieprzony hipogryfek to kolejny zdrajca w moim nędznym życiu! Powinienem ją nazwać „Brutuską”, ale i tak by nie zareagowała…
– Nie wierzę, że mówię to akurat ja – odrzekł na to Philippe – ale żebyśmy przeżyli poziom tego szaleństwa, musimy zacząć pić.
Na to bez najmniejszego wahania zgodzili się wszyscy, choć Martina – jako najbardziej nieletnia – otrzymała kilka godzin później jedynie mieszankę bliżej niezidentyfikowanych alkoholi, ponieważ jej trzech nowych tatusiów uznało za wyjątkowo dobry pomysł próbę upicia córeczki za pomocą konewki.
Na szczęście bezskuteczną, hipogryfek pozostał bowiem jedynym na tyle myślącym stworzeniem w domu państwa Filion, by alkoholu nawet nie przełknąć.

***

OK, to, że napisałam w końcu ten rozdział i że właśnie go publikuję, uważam za cud, zważywszy na ilość czasu, jaki spędzam w te wakacje przed komputerem, a już szczególnie przed komputerem z Internetem. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że czekaliście dłużej niż zwykle i niestety wydaje mi się, że z następną notką też tak będzie... Chyba pojawi się dopiero w październiku. Wiedzcie jednak, że zbytnio zżyłam się z tą historią, bohaterami i Wami, by to zostawić, więc będę Was męczyć jeszcze długo. 
W tej notce chciałam zdradzić choć jedną tajemnicę, ale wpadł mi do głowy pomysł z hipogryfkiem i nie mogłam się powstrzymać, by go nie użyć xD. Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta bardziej humorystyczna notka, bo niedługo wracamy do dram. Obiecuję też, że podczas świąt poznacie odpowiedź na jedną, wielką niewiadomą, a mianowicie  co takiego zrobiła Ginny, że Lily tak jej nie cierpi. Sprawa Albusa częściowo też ruszy do przodu.
Jak zwykle czekam na opinie, spostrzeżenia, uwagi i sugestie.