środa, 13 kwietnia 2016

Rozdział czternasty: Sprzeczne wymagania

Amanda leżała na wygodnym łóżku, szczelnie odcięta od świata za pomocą grubych, granatowych kotar, i trzymała przed sobą kartkę będącą skopiowaną listą obsady do szkolnego musicalu. Mimo że wpatrywała się w ten ohydny kawałek papieru od dobrych kilkunastu minut, nadal nie mogła w to uwierzyć. Nie dość, że jury nie przyznało jej ŻADNEJ roli, niekoniecznie tytułowej, to jej największy wróg i, z całą pewnością, najbardziej obrzydliwa dziewczyna na całej kuli ziemskiej, zwyciężyła!
Zabini była przekonana, że Potter wreszcie z nią przegrywała, i to ostatecznie, dlatego ta porażka bolała ją bardziej niż jakakolwiek wcześniej. Od początku roku Amanda nie musiała się za bardzo starać o zwycięstwo w potyczkach ze współlokatorką, Lily sama wszystko ułatwiała, podejmując bezsensowną walkę z Olivierem. Zabini nie rozumiała poczynań rywalki, w końcu robienie sobie wroga z kogoś takiego jak Janvier było skrajną głupotą, jeśli chciało się zajmować w szkole wysoką pozycję, jednak oczywiście Amanda nie narzekała z tego powodu. Szczególnie że jej kumplowanie się z Francuzem okazało się nie tylko dodatkową możliwością zdenerwowania Potter, ale i całkiem miłą odskocznią; chłopak był naprawdę niezły. Nie, żeby ją naprawdę interesował, zachowywał się zbyt mugolsko, jak niestety coraz więcej młodych czarodziejów czystej krwi, ale zdecydowanie nie uważała za minus jego wyglądu czy inteligencji.
Jakże cieszyła się jeszcze dziś rano, kiedy dowiedziała się o nieudanym żarcie Lily wobec Oliviera. Oczywiście nikt nie potwierdził tego oficjalnie, ale Amanda wiedziała swoje. Znała aż dobrze sposób działania rywalki, była pewna, że gdyby plan Potter udałby się tak, jak chciała, cała szkoła wiedziałaby na sto procent, że to sprawka Lily, ponieważ taki byłby jej zamiar. Nawet jeśli nauczyciele ukaraliby ją za to, pewnie wykaraskałaby się i bez konieczności interwencji jej, pożal się Merlinie, ojczulka. Jednak prawdopodobnie, gdyby grono pedagogiczne dowiedziało się odpowiednio wcześnie, Lily nie otrzymałaby tytułowej roli!
Ktoś – i nie była to ani Amanda, ani jej znajomi – prawie w całości udaremnił plany Potter, czego dowiedziała się dzięki plotkarskim zdolnościom Emmy. Dodatkowo sam Olivier w ogóle nie sprawiał wrażenie dotkniętego przez taką formę wyśmiania go. Zabini nie rozumiała chłopaka, ponieważ była przekonana, że na jego miejscu za coś takiego rozniosłaby Lily z wściekłości, ale z drugiej strony zdążyła poznać Francuza i nie zdziwiła jej aż tak jego reakcja. Potter najwyraźniej nie zrozumiała jeszcze, że w taki sposób nie da się dokuczyć Olivierowi, i bardzo dobrze. Tylko że jednocześnie bierność Gryfona, podobnie jak fakt, iż Lily w żaden sposób nie dała po sobie poznać, że to jej sprawka, mogły należeć do przyczyn, dla których nauczyciele nie interweniowali.
Zabini nie mogła w tej chwili uwierzyć, że nie zrobiła nic, aby grono pedagogiczne się dowiedziało. Była pewna, że podekscytowani uczniowie, którzy przez cały dzień rozmawiali na przemian o eliminacjach i właśnie o Olivierze, rozwiążą za nią ten problem. Szczególnie że załamana Lily po powrocie z porannych eliminacji przespała dzień, co Amanda uznała za potwierdzenie własnego zwycięstwa. Jednak kiedy tuż przed kolacją Zabini dowiedziała się od osób postronnych, i to wcale nie zwolenników Lily, że ta świetnie odegrała rolę załamanej nastolatki, poczuła, że nie powinna była się przedwcześnie cieszyć.
Niestety jej podejrzenia potwierdziły się kilkanaście minut później.
Gdyby nie to, że Lily nie wyglądała za dobrze nawet po obwieszczeniu wyników, Amanda załamałaby się kompletnie. Ale… niby jak miała się cieszyć? Potter, mimo że przegrywała od miesiąca i prawie ostatecznie się pogrążyła, i tak zdołała wygrać! Ona i Olivier zagrają główne role w przedstawieniu i…
Olivier! To jest to!
Ciemnowłosa Krukonka jak oparzona zerwała się z łóżka, prawie zrywając przy tym kotary. Nie zwracając uwagi na pytania Emmy ani późną porę, schwyciła różdżkę leżącą na szafce nocnej, a następnie szybko wybiegła z dormitorium, kierując się do wieży Gryfonów.
Zdyszana zatrzymała się dopiero przed portretem Grubej Damy.
– A ty, młoda panno, co sobie wyobrażasz? Nie dość, że zaraz zacznie się cisza nocna, to próbujesz wedrzeć się do Gryffindoru? Jak…
– Czekoladowe żaby – przerwała Amanda tyradę kobiety z obrazu.
– Co ty wyrabiasz, niegrzeczna dziewucho? Jak niby…
Oburzenia Grubej Damy nie miały jednak żadnego znaczenia, gdyż musiała ona otworzyć przejście każdemu, kto znał prawidłowe hasło, czego Amanda była świadoma i z czego z pełną premedytacją w tej chwili korzystała. 
Ku lekkiemu zaskoczeniu dziewczyny Olivier nie znajdował się w pokoju wspólnym. Spodziewała się, że chłopak będzie świętował zwycięstwo w większym gronie. Z drugiej strony może nie miał ochoty patrzeć na własną twarz ani czytać o sobie tych wszystkich głupot, którymi chciała zniszczyć go Potter?
Tak, to pewnie dlatego, pomyślała Zabini, rozglądając się, z lekkim zaskoczeniem po pokoju wspólnym Gryffindoru przypominającym obecnie wyjątkowo osobliwą wystawę zdjęć.
Mimo że materiały były dostępne cały dzień, całkiem spora ilość Gryfonów czytała właśnie ulotki bądź też oglądała osobliwe fotografie. Amanda nakazała pierwszemu z brzegu młodszemu uczniowi, aby zawołał dla niej Oliviera, a sama wzięła jedną z kartek znajdujących się na najbliższym stoliku. Nie odpowiedziała na komentarze znanych jej z widzenia Gryfonek, którym najwyraźniej nie podobała się jej obecność tutaj. Obdarzyła je tylko już dawno wyćwiczonym spojrzeniem, mającym wyrażać pogardę i zniechęcenie, na co dziewczyny natychmiast zaczęły między sobą szeptać.
Zabini czytała właśnie dość zabawną, ale jednocześnie wyjątkowo głupią notkę o rzekomej miłości Oliviera do krost profesor Trelawney, kiedy za plecami usłyszała przyjemny głos z charakterystycznym, melodyjnym akcentem:
– Podobno do mnie przyszłaś. Stęskniłaś się?
Westchnęła cicho, a następnie odwróciła się do rozmówcy, wykrzywiając usta w wyćwiczonym, nie za szerokim, ale też nie za kpiącym uśmiechu. W końcu miała cel do osiągnięcia, a porażka tym razem nie wchodziła w grę.
Janvier mógł wiele gadać, mógł być arogancki, mógł być nawet niebezpiecznie bystry, ale Zabini i tak doskonale zdawała sobie sprawę, jak na niego działa. Akurat pod tym względem nie różnił się specjalnie od jakichkolwiek znanych jej przedstawicieli płci brzydkiej. Trzeba było tylko wiedzieć, jak podejść go tak, aby zrobił wszystko, co chciała. Praktycznie od razu zauważyła, że Janvier lubi grać, co ją cieszyło, bo sama też to uwielbiała. Co prawda chłopak kochał wygrywać, ale cóż, z nią i tak nie miał szans. Nawet jeśli w tym przypadku nie była to typowa walka – Amanda nie mogła bowiem dopuścić do tego, by domyślił się, że traktuje go tylko jako środek do celu, o nie! Tylko Potter mogła być na tyle głupia, aby prowadzić z nim otwartą wojnę.
– Nie wyobrażaj sobie za wiele, mój drogi – stwierdziła leniwie, jednocześnie jednak przesuwając się bliżej chłopaka i uśmiechając się nieco bardziej. Mogłaby przysiąc, że jego serce zaczęło bić szybciej niż jeszcze chwilę temu. – Chciałam ci osobiście pogratulować zdobycia głównej roli w musicalu.
– Cóż, teraz czeka mnie udział w tej… – przerwał nagle Olivier. 
Praktycznie zawsze mówił, co myślał, więc Amanda była mu wdzięczna, że tym razem się rozmyślił. Nie musiała nawet specjalnie grać smutnej, kiedy schyliła głowę i westchnęła, czekając na jego reakcję. Przecież była załamana, nawet jeśli na zewnątrz dzielnie się trzymała.
– Może chcesz się przejść i pogadać? – Usłyszała, a zanim podniosła głowę, uśmiechnęła się lekko. Janvier sam zaproponował jej spacer, co znacznie wszystko ułatwiało. Za to akurat go lubiła, zawsze szybko przechodził do rzeczy.
– Chętnie – szepnęła, dotykając niby przypadkiem jego dłoni. Poczuła, jak drgnął, a następnie schwycił ją za rękę. Za plecami usłyszała nagle bardziej nasilone szepty niż jeszcze chwilę temu, co dało jej namiastkę satysfakcji. Prawdopodobnie uczniowie, którzy obserwowali ich dwoje, zastanawiali się jak większość hogwarckiej społeczności, czy są parą. Nie byli, nawet jeśli od czasu do czasu tak się zachowywali. Jakiś czas temu uznali, że niezobowiązująca znajomość z pewnymi benefitami w zupełności im wystarcza. Olivier nie był jednak świadom, że dziewczyna liczyła na pewnie dodatkowe korzyści, które zamierzała w tej chwili zdobyć.
Przed opuszczeniem Gryffindoru rzucili na siebie zaklęcie kameleona, a następnie – odprowadzani wrzaskami Grubej Damy, zdenerwowanej bardziej niż wcześniej z powodu niemożności zobaczenia łamiących regulamin uczniów – skierowali się do Pokoju Życzeń.
Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak jak zwykle, kiedy do niego przychodzili: beżowe ściany, mahoniowy, niewielki stół, dwa krzesła, trzy pufy, dwuosobowe łóżko z baldachimem, mnóstwo różnokolorowych poduszek, a przede wszystkim niewielki, narożny barek.
Pomimo istnienia tak wielu mebli, na których mogliby siedzieć, i tak wybierali puszysty śnieżnobiały koc rozłożony na podłodze, uprzednio przygotowując sobie zapas trunków. Najwyraźniej Pokój Życzeń nie zwracał uwagi na wiek gości, co bardzo im odpowiadało. Spędzali czas na rozmowach, wygłupach, całowaniu i pieszczotach, ale Amanda nigdy nie pozwoliła Olivierowi na nic więcej. Musiała przecież wszystko dokładnie kalkulować, a pewna doza niedostępności z pewnością podsycała jego, i tak dopiero się rodzącą, męską wyobraźnię. Nie miał tutaj żadnego znaczenia fakt, że sama była dziewicą, i…
Zabini potrząsnęła głową, wyrzucając niechciane myśli, i uśmiechnęła się słodko do Janviera, jednocześnie podchodząc do barku i pytając lekkim tonem:
– Jest co opijać, więc proszę bardzo, na co masz ochotę? Może wino?
– Naprawdę masz aż tak dobry humor? – zapytał Olivier, zdejmując szatę i kładąc ją na łóżku. Podszedł do niej powoli i wyjął z niewielkiej szafki dwie szklanki. 
Amanda policzyła w myślach do pięciu, aby się uspokoić: tendencja Janviera do dążenia do prawdy za wszelką cenę bywała naprawdę uciążliwa. Jakby jej nastrój miał w tej chwili jakiekolwiek znaczenie...?! A jednak nie mogła mu tak po prostu odparować.
– Cóż, nie najgorszy. Potrafię cieszyć się szczęściem moich znajomych. – Zaakcentowała ostatnie słowo, jednocześnie patrząc kokieteryjnie na chłopaka, który niby przypadkiem musnął jej talię, gdy sięgał po korkociąg. Zignorowała przyjemny prąd, jaki poczuła pod wpływem dotyku, a następnie nieco się od niego odsunęła i stanęła przy ścianie, choć nadal nie spuszczała wzroku z jego prawego profilu.
Nie odpowiedział, gdyż właśnie otwierał wino, ale i tak dostrzegła, że się uśmiechał.
Kiedy podawał jej kieliszek z ciemnoczerwoną cieczą, Amanda niby od niechcenia dodała:
– Szczególnie wtedy, gdy wiem, że na to zasłużyli.
– Nie było cię tam – zauważył Olivier, lekko się nad nią pochylając. Czuła jego oddech na twarzy.
– Może i nie – zamruczała – ale wiem co nieco o twoich zdolnościach aktorskich. Potrafisz być bardzo ujmujący.
Zabini zazwyczaj nie była dla niego tak miła, a przynajmniej nie tak szybko, ale dziś – przede wszystkim z powodu planu, a w jakiejś części parszywego humoru – potrzebowała chwilowego…  zapomnienia.
Nie oponowała, kiedy zabrał kieliszek niemal tak szybko, jak go dał, a następnie uniósł lekko jej podbródek i zachłannie wbił się w jej usta. Rozchyliła wargi, pozwalając mu tym samym na pogłębienie pocałunku, i zarzuciła mu ręce za kark, jednocześnie zmniejszając dystans między nimi. W odpowiedzi Olivier przycisnął Amandę mocno do ściany, prawą ręką trzymając na jej policzku, zaś lewą błądząc po talii. Gdy dziewczynie wydawało się, że za chwilę straci oddech, przeniósł usta na jej szyję. Jęknęła cicho, kiedy poczuła jego zęby tuż nad lewym obojczykiem, miejscu, które już dawno uznała za swój słaby punkt. Chwilę później znów całował ją w usta, zaś palcami dotykał jej wrażliwej skóry tuż nad linią jeansów. Dopiero wtedy uzmysłowiła sobie, że sama podwinęła jego T-shirt niemal do łopatek. Nie zamierzała jednak niczego przerywać, nawet wtedy, a może przede wszystkim, gdy ręce Oliviera sunęły coraz wyżej i wyżej…
W momencie, w którym zdecydowała się na zdjęcie jego koszulki, poczuła, jak palce chłopaka dotarły do zapięcia jej stanika. Dopiero to przywróciło Amandę do rzeczywistości. Lekko, acz stanowczo odepchnęła od siebie zdezorientowanego Janviera, poprawiła zmierzwioną koszulkę i zachrypniętym głosem powiedziała:
– Nie zapominaj, Olivierze, że proponowałeś mi rozmowę.
Kingsley niemal słyszała ale, jakie wypowiadał całą swoją postawą. Mimo że sama także czuła ten sam ból, zdołała oderwać od niego spojrzenie, chwycić kieliszek, przejść obok chłopaka tak, aby go nie dotknąć, a następnie usiąść na kocu. Chcąc nie chcąc, Olivier wziął swój trunek, jak również butelkę, i podążył za nią. Usiadł naprzeciwko niej, blisko, ale na tyle daleko, by jej nie dotykać. Gdy odważyła się na niego spojrzeć, nie widziała już w jego oczach tego samego co chwilę wcześniej, i ze zdziwieniem odkryła, że w jakiś sposób ją to zabolało.
– Spytałem się o humor…
– I naprawdę uznałeś, że mogę się cieszyć? – zapytała Zabini lekko kpiącym tonem, nieznacznie się od niego odsuwając. Nie chciała ryzykować, że się dotkną, teraz musiała być absolutnie skupiona. – Och, nie zrozum mnie źle, cieszę się za ciebie, cieszę się za Lucasa i za większość obsady, ale na samą myśl, że główną rolę żeńską w musicalu dostała dziewczyna, która za nic ma nie tylko szkolny regulamin, ale i zwykłą ludzką życzliwość, aż mną trzęsie. I nie mów mi, że myślę tak dlatego, bo to akurat Lily, albo dlatego, że między innymi to z nią rywalizowałam, albo że sami łamiemy w chwili obecnej regulamin… Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie można zniszczyć ciebie takimi dziecinnymi sztuczkami, Potter oczywiście tego nie dostrzega, ale i tak nie można jej tego puścić płazem! Wszyscy przyznaliby mi rację, gdyby wiedzieli…!
Przerwała dopiero wtedy, gdy zabrakło jej tchu. Zdawała sobie sprawę, że sporo ryzykuje, odnosząc się do przegranej z Potter, miała jednak nadzieję, że przynajmniej tym razem zainteresowanie Oliviera jej osobą przeważy nad jego wrodzoną tendencją do wyciągania prawdy i dyskutowania.
Przez chwilę Janvier przypatrywał się dziewczynie nieruchomo, jakby kalkując, co powinien zrobić, aż w końcu stwierdził:
– Gdyby wiedzieli, że to ona wywinęła mi ten numer, tak?
Amanda na te słowa zachłysnęła się winem, które właśnie piła, tym samym łamiąc swoje solenne postanowienie o tym, by chłopak jej nie dotykał. Właściwie była mu wdzięczna, że zaczął klepać ją po plecach, gdyż dzięki temu szybciej do siebie doszła. Jednocześnie wykorzystał sytuację i usiadł o wiele bliżej, tak samo jak ona opierając o ścianę, zaś prawą rękę kładąc niebezpiecznie blisko jej lewej dłoni.
Czy on musi być aż tak bezpośredni? I to pod każdym względem?!
– Tak. To niedopuszczalne! – krzyknęła, a po chwili namysłu dodała: – I naprawdę nie chodzi jedynie o to, że jej nie cierpię!
W końcu Olivier lubił szczerość, więc może to doceni? Nawet jeśli tylko druga część zdania była stuprocentową prawdą.
– Może i tak. Rozumiem, dlaczego niektórzy mogą tak sądzić. Ale cóż, na mnie takie sztuczki nie działają. – Wzruszył ramionami. – Właściwie to całkiem niezły ubaw patrzeć, jak bardzo niektórzy są zdesperowani.
Amanda popatrzyła na niego z determinacją. Podejrzewała, że może być ciężko, ale w głowie jej się nie mieściło, że naprawdę miał taki, a nie inny stosunek do postępku Lily.
– Nie zamierzasz nic z tym zrobić?! Przecież…
– A po co? To tylko dałoby jej niepotrzebną satysfakcję.
W duchu Zabini przyznawała mu rację, ale kompletnie kłóciło się to z całym jej misternym planem. Czując narastającą panikę, wypaliła tonem, który wysokością niebezpiecznie zbliżał się do pisku Emmy:
– Ktoś taki nie może zagrać w przedstawieniu! Ktoś taki powinien być ukarany, a nie nagradzany i…!
– Nie masz się co obawiać, Amando, z pewnością dam jej popalić na próbach – stwierdził łagodnie Janvier, a ona przez chwilę miała wrażenie, że może powinna mu na to pozwolić.
Tylko przez chwilę.
Nie był jeszcze gotowy na usłyszenie jej prośby. A i ona nie była gotowa, aby ją wypowiedzieć. Dlatego właśnie postanowiła zmienić taktykę i zamiast dalej prowadzić rozmowę, uśmiechnęła się do niego blado i położyła swoją dłoń na jego. Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Po chwili całowali się ponownie, choć tym razem pilnowała, żeby ani jej, ani jego ręce nie znalazły się tam, gdzie nie powinny. Specjalnie spowalniała pocałunki, mimo że ciało podpowiadało jej co innego. Była jednak silną dziewczyną, która za wszelką cenę musiała dążyć do jasno postawionych celów.
Po pewnym czasie, sama nie wiedziała, czy liczonym w sekundach, czy godzinach, odsunęła się od niego lekko i, trzymając ręce na jego ramionach oraz pochylając się nad nim tak, by ich twarzy nie dzieliło więcej niż dziesięć centymetrów, szepnęła:
– Wierzę, że dałbyś jej popalić. Ale, widzisz, ona nie może pójść nawet na pierwszą z nich. Nie zasługuje na to. Ja tak.
– Co masz na myśli?
Zabini poczuła ulgę. Obawiała się, że zacznie na nią krzyczeć, ale on tylko wpatrywał się w nią oczekująco. Przełknęła ślinę i odpowiedziała, nie pamiętając, czy kiedykolwiek wcześniej aż tak bardzo pragnęła i potrzebowała czyjejś pomocy:
– Musisz powiedzieć nauczycielom. Musisz… I musisz im zasugerować, kto powinien zająć rolę Mary, skoro Potter się tak zachowała. Musisz powiedzieć, że to ja idealnie nadawałabym się…
Nie dokończyła, gdyż Olivier wstał tak gwałtownie, że potrącił przy tym nie tylko ją, ale i niedokończoną butelkę wina, co spowodowało, że jeszcze przed chwilą śnieżnobiały koc został udekorowany ciemnoczerwoną plamą. Amanda miała wrażenie, że tak samo krwawiło jej serce.
Jak mógł?!
– Że co?! Czy ty siebie słyszysz, dziewczyno? Potter nie wie, jak ze mną grać? Wiedz, droga Amando – wycedził jej imię z jadem, jakiego się nie spodziewała – że ty również tego nie wiesz, skoro proponujesz mi coś takiego. Jesteś dokładnie taka sama jak ona – dodał, a Zabini z jakiegoś powodu wiedziała, że tym razem nie mówił o Lily – ale na moje szczęście ty podobałaś mi się tylko fizycznie.
Nie czekając na jej reakcję, chwycił szatę i szybkim krokiem opuścił pokój, zostawiając za sobą zszokowaną Amandę.

Minerwa McGonagall była coraz bardziej zmęczona, na co wskazywały nie tylko permanentnie podkrążone oczy, ale i coraz częstszy brak energii. Zaczynała poważnie zastanawiać się, czy jej najlepsza przyjaciółka, Valeria Wolff, nie miała racji, radząc jej od dawna, aby przeszła wreszcie na emeryturę. Tylko że dyrektorka Hogwartu kochała szkołę. Była jej domem. Gdzie indziej miałaby się podziać, gdyby…?
Szybko odrzuciła niepotrzebne myśli i obrzuciła czujnym spojrzeniem jeszcze raz to, co przed chwilą odkryła. Miała wystarczająco dużo problemów. Kiedyś coś takiego wywołałoby w niej niemałą irytację.
Teraz jednak, gdy patrzyła na pokój wspólny Krukonów, który ktoś postanowił przerobić na salę wystawową tego nowego piątoklasisty, Oliviera Janviera, przede wszystkim czuła obezwładniające zmęczenie. Przez chwilę przyszło jej przez myśl, że mogłaby z powrotem rzucić Czary Iluzji, które przed chwilą zdjęła, i o wszystkim zapomnieć, ale szybko skarciła siebie za takie zachowanie. To byłoby niedopuszczalne; dążenie do sprawiedliwości było dla niej o wiele bardziej istotne niż chwilowa słabość.
Zaczynała rozumieć, co miały na myśli uczennice mówiące o akcji w pokoju wspólnym Gryfonów związanej z Olivierem, które podsłuchała w drodze na wczorajsze ogłoszenie wyników eliminacji do musicalu. Uznała wówczas, że to zapewne kolejne mało znaczące ekscytacje młodych dziewcząt, teraz jednak widziała na własne oczy, iż się myliła. Jednocześnie od razu pojawiła się w jej głowie myśl, dlaczego osoba, która rzuciła Czary Iluzji w Ravenclawie, nie dotarła do Gryffindoru. Być może należała do Krukonów, ale czy jakikolwiek, nawet najlepszy siódmoklasista byłby w stanie rzucić tak trudne zaklęcia? Dyrektorka musiała poświęcić kilka dobrych minut, aby poradzić sobie z magią, której natężenie wyczuła, jak tylko weszła do pokoju wspólnego Ravenclawu. Z drugiej strony nie wyobrażała sobie, żeby jakikolwiek nauczyciel nie poinformował jej o akcie wandalizmu…
Minerwa mogła spodziewać się, że w końcu któryś z cotygodniowych obchodów po hogwarckich domach, które miała w zwyczaju odbywać w każdy poniedziałek około piątej rano, ją zaskoczy, lecz przez myśl jej nie przeszło, że nastąpi to w taki sposób. Widziała już sporo: zagracone pokoje po wielkich imprezach, wymalowane ściany, uszkodzone meble czy zasłony. Ale jeszcze nikt nigdy nie dopuścił się czegoś takiego!
Najgorsze było to, że bez pozwolenia z Ministerstwa Magii na stosowanie Czarów Specjalnych nie mogła w sposób natychmiastowy przywrócić wyglądu pokoju wspólnego Krukonów, a i zapewne pozostałych trzech, do pierwotnej wersji, chyba że z powrotem nałożyłaby iluzję bądź znalazła sprawcę lub jego różdżkę. Na szczęście i tak udawała się dziś do Londynu, jednak oznaczało to, że mogłaby zlikwidować tę wystawę permanentnie dopiero nazajutrz.
Wahała się, co zrobić; znając uczniów, pewnie i tak wiedzieli już wszystko, co chcieli wiedzieć, nawet jeśli nie byli Gryfonami. Z drugiej strony nie powinna iść niesubordynowanemu, niegrzecznemu uczniowi na rękę! Dlatego, z westchnięciem, z powrotem nałożyła Czary Iluzji, a następnie opuściła siedzibę Ravenclawu i po raz pierwszy od dziesięciu lat złamała narzucony przez siebie porządek. Zamiast do Slytherinu McGonagall udała się do Gryffindoru, aby potwierdzić swoje podejrzenia, a następnie rzucić odpowiednie czary w celu ukrócenia tej karygodnej sytuacji.
Szybko okazało się, że miała rację. Kilkanaście minut później wiedziała już, że pozostałe pokoje wspólne zostały potraktowane dokładnie w taki sam sposób, choć oczywiście w chwili obecnej wszystkie wydawały się w zupełności normalne dzięki Czarom Iluzji.
Gdy Minerwa wróciła do swojego gabinetu i zasiadła za ogromnym, potężnym blatem, w głowie miała już ułożony cały plan. Podejrzewała, że ten… żart był sprawką kogoś, kto nie przepadał za Olivierem. Musiała zaangażować prefektów, aby odkryć tożsamość tej osoby, a następnie ukarać ją w odpowiedni sposób. Co prawda ze względu na służbowe obowiązki, nie mogła zrobić tego teraz, a dopiero następnego dnia, wiedziała jednak, że nie spocznie, póki nie znajdzie winowajcy bądź winowajców.
Sprawiedliwość od zawsze była dla niej najważniejsza.

– Tak? – spytał Albus Severus Potter znudzonym tonem, kiedy usłyszał za plecami czyjeś chrząknięcie. Odwróciwszy się, stwierdził, że zaczepiła go jedna z tych denerwujących małolat nieznających znaczenia słowa nie.
– Chciałam ci… – rozpoczęła dość odważnie niższa od niego o głowę dziewczyna, której kompletnie nie kojarzył, lecz kiedy za jej plecami dwie inne Puchonki, najwyraźniej jej koleżanki, zaczęły głośno chichotać, zaczerwieniła się i spuściła wzrok.
Gdyby Potter miał nieco lepszy humor i był mniej głodny, może nawet zacząłby jej współczuć. Nie mógł jednak współczuć komuś obcemu, skoro obecnie współczuł przede wszystkim sobie, a nigdy nie ukrywał, że empatia nie należała do cech jego osobowości.
– Tak? – powtórzył, nieco zdenerwowany, obserwując, jak dziewczyna przestępowała z nogi na nogę, jednocześnie nerwowo wyginając palce. – Słuchaj, nie mam całego dnia.
– …podziękować… – Ryk tak zwanych przyjaciółek znacznie zwiększył natężenie, zaś twarz dziewczyny przybrała kolor dorodnego pomidora. – To znaczy... pogratulować. No wiesz, eee…
– Nie, nie wie. – Albus niespodziewanie usłyszał zza swoich pleców dobrze znany mu głos.
Wystarczyło jedno spojrzenie na Matyldę, aby chłopak utwierdził się w przekonaniu, że jego dziewczyna aż gotowała się z wściekłości. Ponownie albo nadal. Trudno mu było to określić, skoro od pewnego czasu cały czas się kłócili bądź się do siebie nie odzywali. 
– Spadaj do swoich koleżaneczek. A najlepiej znajdź sobie lepsze – dodała Matylda, wściekle mrużąc oczy i nie czekając na reakcję małolat, pociągnęła go mocno za ramię w kierunku Wielkiej Sali.
Z jednej strony oznaczało to, że Albus wreszcie będzie miał szansę zaspokoić głód, z drugiej – doskonale wiedział, że nawet jeśli Pince postanowiła się do niego odezwać, zrobiła to tylko dlatego, że zobaczyła go z tamtą dziewczyną. To wcale nie oznaczało, że będzie mógł cokolwiek zjeść, a nawet jeśli, z pewnością nie w spokojnej atmosferze. Potter cudem zmełł przekleństwo.
– Pewnie jesteś wściekły, że ci przerwałam chwilę na parkiecie, co, gwiazdorze?! – warknęła Matylda, jednocześnie szarpiąc go tak, że musiał stanąć.
Najwyraźniej Ślizgonki nie obchodził fakt, że znajdowali się na jednym z niezliczonych korytarzy na pierwszym piętrze i nawet jeśli w chwili obecnej byli na nim tylko we dwoje, w każdej chwili ktoś mógł się pojawić. Albusowi nie uśmiechało się zostać tematem wiecznie czyhających na plotki szkolnych sępów, ale nie mógł nic na to poradzić.
Mógł jednak się bronić.
– A ty wściekła, że dziewczyna ze mną gada, co, zazdrośnico? – odparował równie głośno.
Gdyby Pince nie zmusiła go do zatrzymania się, może udałoby mu się powstrzymać, ale czując narastającą wściekłość, musiał dać jej upust. Matylda zupełnie nie potrafiła słuchać i zaczynało być to naprawdę frustrujące. Albus cudem powstrzymał się od wywrócenia oczami.
– Gdyby twoim największym hobby nie było wieczne szpanowanie przed innymi, to może nie miałabym się czym przejmować, ale…
– Chyba pomyliłaś mnie z Jamesem…
– A może stajesz się taki jak on?! – krzyknęła, uderzając go mocno w pierś. – Och, musical, zajebiście, ułożę włosy i pójdę na eliminacje, mam w dupie, co myśli moja dziewczyna!
Albus zacisnął mocno pięści, próbując się uspokoić. Od pewnego czasu  dobrze układało mu się z bratem, więc nie poczuł się urażony takim, a nie innym porównaniem, jednak jawna niesprawiedliwość Matyldy doprowadzała go do szału. Zachowywała się, jakby non stop miała miesiączkę! I jak mógł być wobec niej cierpliwy, no jak?! Taką radę otrzymał od Scorpiusa, ale nie był w stanie z niej korzystać. Prawdopodobnie jego przyjaciel miał rację, mówiąc, że pomogłaby im spokojnie poprowadzona rozmowa, ale najpierw trzeba było spróbować taką choćby rozpocząć, co wydawało się w obecnej chwili niemożliwe.
Zresztą Malfoy wcale nie stanowił dla Albusa wzoru do naśladowania w relacjach damsko-męskich, wręcz przeciwnie; kumpel irytował go niemal tak samo jak Pince. Jakby się, cholera, zmówili!
– Normalna dziewczyna dopingowałaby swojego chłopaka w takim przypadku, a nie…
– A więc sugerujesz, że nie jestem normalna?! – Krzyk Matyldy niebezpiecznie zaczynał przypominać pisk.
– Nie zachowujesz się…
– A niby dlaczego miałabym ci dopingować, skoro wiadomo, że zrobiłeś to tylko po to, żeby mnie wkurzyć?!
– Sama się prosisz! – ryknął Albus, tym samym przyznając się do zarzucanego mu czynu, a następnie z całej siły uderzył Merlina winną ścianę.
Niespodziewanie uzyskał efekt, który chciał osiągnąć wcześniej, a mianowicie ciszę ze strony dziewczyny. Przez czas, który równie dobrze mógł być sekundą, jak i godziną, oboje oddychali ciężko, mierząc się wściekłymi spojrzeniami. Po chwili jednak Potter dostrzegł w kocich oczach swojej dziewczyny coś na kształt zawodu i poczuł nieoczekiwaną suchość w gardle.
Nie powinienem jej tak traktować, nawet jeśli jest naprawdę denerwująca...
Ledwo zdążył złapać ją za ramię, tak szybko go wyminęła.
– Puszczaj mnie – syknęła Matylda, nie patrząc na Albusa.
Przynajmniej już nie krzyczała.
– Nie – stwierdził stanowczo. – To robi się naprawdę męczące i musimy…
– Skoro cię męczę, to mnie puść! – pisnęła, nareszcie podnosząc głowę i obrzucając go wściekłym spojrzeniem.
– Nie – powtórzył Albus, łapiąc ją tak, żeby nie mogła mu się wyrwać i odwracając ją plecami do ściany. – Nie mam zamiaru – dodał łagodniej, dokładnie lustrując jej podłużną twarz znajdującą się tak blisko jego własnej. 
Widział, jak Matylda przełknęła ze zdenerwowaniem ślinę, czuł, że napięte ramiona dziewczyny powoli rozluźniały się pod wpływem jego dotyku. Gdy poprawił spadający na jej lewe oko kosmyk, nie wyrwała mu się. 
Dlaczego nie może być taka zawsze?
Pochylił się lekko, spotykając spragnione, wilgotne usta. Delektując się smakiem truskawkowego błyszczyka, natarł na jej zęby językiem, które posłusznie rozchyliła. Nie wiedział nawet, jak bardzo mu tego brakowało, dopóki…
– O, Albus… Ups, przepraszam.
Oderwał się od Matyldy z niechęcią i popatrzył w nie do końca świadomy sposób na intruza, który śmiał przerwać mu pierwszy od co najmniej tygodnia normalny pocałunek z Pince.
Tym razem, ku swojemu nieszczęściu, znał tę osobę, choć nie był przekonany co do jej imienia. Anna, Agatha, Alice? Wiedział, że to jedna ze Ślizgonek, która trzymała się z jego siostrą, i która tak samo jak on dostała się do musicalowej obsady.
Przez chwilę, zbliżoną według Pottera czasem trwania do wieczności, wszyscy troje nieruchomo stali bez słowa. Matylda obrzucała piątoklasistkę spojrzeniem, które, gdyby mogło zabijać, byłoby najbardziej śmiercionośną bronią świata.
Albus jednocześnie podziwiał, jak i przeklinał odwagę tej dziewczyny, kiedy ta powiedziała:
– Tak jak się umawialiśmy, chciałam ci…
– Tak jak się umawialiście, co?! – wrzasnęła Pince, jednocześnie machając dookoła rękami. – Proszę bardzo, nie będę wam przeszkadzać!
Wyrwała mu się z siłą, jakiej by się po niej nie spodziewał, i głośno tupiąc, pobiegła przed siebie.
– Matylda! – krzyknął za nią Albus, lecz gdy napotkał rozbawione spojrzenie stojącej przed nim małolaty, zrezygnował z pościgu za swoją dziewczyną. Zamiast tego zapytał nieprzyjemnym tonem: – Czego chcesz?
– Chciałam ci tylko przekazać informację o spotkaniu organizacyjnym obsady – odpowiedziała Alice, wręczając mu niewielką kartkę. – Jutro o szesnastej.
– Świetnie – stwierdził przez zaciśnięte zęby, wyrywając jej kawałek papieru, a następnie bez słowa wyminął nastolatkę, czując wzrastającą w nim wściekłość.
Nadal był głodny, ale uznał, że nie da rady się uspokoić, zanim nie zapali. Dlatego też w ekspresowym tempie znalazł się w najbliższej znanej mu nieużywanej sali, otworzył okno, końcem różdżki zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. Nie ukoiło to jego nerwów na tyle, na ile liczył.
Istniała na tym świecie osoba, która zrozumiałaby go, nawet jeśli nie sprawiała na pierwszy rzut oka takiego wrażenia. Ułożona i nienagannie zachowująca się Rose Weasley potrafiła na głos wyrażać myśli w dobitny, choć nigdy nie wulgarny sposób, za co ją uwielbiał. W komentowaniu była lepsza niż niejeden znany mu Ślizgon. Oczywiście robiła to tylko w jego towarzystwie, no może czasem również przy Scorpiusie albo tej swojej przyjaciółce, Eve.
To znaczy, kiedyś robiła. Obecnie utrzymywała kontakt tylko z Krukonką.
Albus oparł się o parapet, wypuszczając powoli dym z płuc i obserwując spokojne, oświetlone popołudniowym słońcem hogwarckie błonia. Potrzebował Rosie. Potrzebował jej zimnej kalkulacji w sprawie Matyldy, nawet jeśli jego kuzynka nie należała do ekspertów akurat w sprawach damsko-męskich.
Problem polegał na tym, że kuzynka nie chciała go znać, choć nadal nie rozumiał dlaczego. Przecież po ich zerwaniu próbował, jak mógł, radzić zarówno jej, jak i Malfoyowi! Dlaczego musiała zakochać się w jego najbliższym przyjacielu i dlaczego ten koniec końców tego nie odwzajemnił? Dlaczego postawiono jego, Albusa, w tak niezręcznej sytuacji? Dlaczego Rosie uznała go za wroga tylko dlatego, że próbował zachować obiektywizm?
W sytuacjach takich jak obecna tęsknił za kuzynką jeszcze bardziej niż zwykle, ale tak naprawdę zdawał sobie sprawę, że wystarczyłaby mu tylko krótka rozmowa z kuzynką, aby poprawił mu się humor. Pragnął pogratulować jej zwycięstwa w eliminacjach. Pragnął pośmiać się z nią z całej tej szopki związanej z głównymi rolami. Pragnął zmusić ją do wspólnego lotu na miotle, w zamian za co zapewne musiałby pójść z nią na jeden z obchodów, które należały do obowiązków prefektów.
Kilka miesięcy temu był na nią naprawdę wściekły, tak jak chyba jeszcze nigdy w życiu, ale później mu przeszło. Z dnia na dzień tęsknił za nią coraz mocniej. Próbował z nią pogadać w wakacje, próbował również po rozpoczęciu roku szkolnego. A ona nawet na niego nie patrzyła. Zachowywała się, jakby nie istniał.
Zrobiłby wiele, aby zmusić ją do rozmowy. Rzuciłby palenie, jeśliby się uparła, i może nawet normalnie pogadałby z Lily…
Jej koleżaneczka!
Albus jak oparzony odskoczył od parapetu i przeklął szpetnie. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć? To więcej niż pewne, że jego kochana siostrzyczka musiała namówić się z tą całą Anną czy jak jej tam, żeby przerwać mu chwilę sam na sam z Matyldą! Co prawda nie miał pojęcia, skąd piętnastolatki mogłyby wiedzieć o tym, gdzie byli, skoro sam tego nie planował, ale jego siostra już nie raz go zaskakiwała. Nie zdziwiłby się, gdyby naprawdę znajdowała się w posiadaniu Mapy Huncwotów, która zaginęła około roku temu! To musiała być jej sprawka!
Rosnąca złość przywołała także głód. Uznawszy, że z pustym żołądkiem nie wymyśli nic konstruktywnego, skierował się do Wielkiej Sali. Miał kwadrans na spożycie posiłku i żywił nadzieję, że nikt mu w tym nie będzie przeszkadzał.
Oczywiście zabrakło mu szczęścia. Przy stole Ślizgonów siedział Scorpius, który – gdy tylko go zauważył – zaczął do niego machać. Potter westchnął bezgłośnie i podszedł do kumpla. Ten, nie tracąc czasu, rozpoczął swój ulubiony temat:
– Nadal mnie olewa!
Albus miał ochotę walnąć głową o stół, na szczęście apetyczny zapach pieczeni odwiódł go od tego pomysłu. Usiadłszy obok Scorpiusa, nałożył podwójną porcję wszystkiego, co znajdowało się w zasięgu jego rąk, i zaczął konsumpcję.
– Mówię do ciebie.
– Nie zachowuj się jak baba, kurwa – warknął Albus, przełknąwszy potężny kęs mizerii.
– Nie zachowuję się jak baba, po prostu próbuję zrozumieć…
– To idź do niej, a nie narzekasz od wczorajszego wieczora i żyć mi nie dajesz.
– Widziałeś się z Matyldą, co? – spytał, a raczej oznajmił Scorpius.
 Najwyraźniej nawet w tym maniakalnym stanie zwanym inaczej zauroczeniem Anabelle pozostawał wystarczająco bystry, aby to zauważyć. Tylko w przeciwieństwie do niego Albus nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać teraz o swoich problemach sercowych.
Interesowały go tylko dwie rzeczy – jedzenie i cisza.
– Tak. Jem.
– Ale jesteś rozmowny.
– Już ci powiedziałem, co miałem do powiedzenia, ale powtórzę, czemu nie, może wreszcie zrozumiesz! – stwierdził Albus, dziwiąc się samemu sobie, że odnajdywał jeszcze resztki cierpliwości. – Wcale cię nie olała, tylko cieszyła się, że dostała się do musicalu podobnie jak jej brat. Który, przypominam, gra głównego męskiego bohatera. Ponadto stanąłeś w takim miejscu, że trudno BYŁO cię zauważyć. Jeśli powiesz choć jedno słowo i będziesz kazać mi to powtarzać po raz kolejny, przysięgam, że wsadzę ci ten oto widelec…
– Dobra, dobra, nie kończ – odparł Malfoy, rozkładając ręce w geście ugody. 
Przez chwilę siedzieli w ciszy, kiedy nagle Scorpius krzyknął tak, że Albus aż podskoczył:
– Idzie tu!
– A nie mówiłem? – rzekł Potter, jednak przyjaciel już zniknął. Patrząc na jego plecy, zastanawiał się na własnym zdrowiem psychicznym. Czy ktoś normalny zgodziłby się z własnej woli na obcowanie z takimi ludźmi? Dziewczyna furiatka, najlepszy przyjaciel wariat, rodzinka niczym z psychiatryka… Po prostu żyć, nie umierać.
 Musiał koniecznie coś z tym zrobić, a jedyną opcją, która przychodziła mu do głowy, była Lily. Najwyraźniej nie tylko miał się na niej zemścić, ale również poprosić ją o pomoc. Oznaczało to więc wprowadzenie środków najwyższej gotowości, czyli wysłanie Pomarańczowego Listu.
Z ust Albusa po raz kolejny wydobyło się szpetne przekleństwo.

***

Przedstawiam kolejny wytwór mojej wyobraźni. Bohaterowie poboczni zaczęli się dobijać i prosić o miejsce… Np. wątek z Albusem i Matyldą miał być mocno poboczny, a wyszło, jak wyszło. Aż zaczęłam sama współczuć Albusowi. W każdym razie wiadomo mniej więcej, kto otrzymał role w musicalu i jestem bardzo ciekawa Waszych opinii na ten temat. No i nie tylko na ten… ;). Niesamowicie cieszę się z każdego, nawet najkrótszego komentarza. Zapraszam także do głosowania w ankiecie poniżej tych, którzy jeszcze tego nie zrobili.
Ze względu na liczne obowiązki do połowy lipca mogę być mniej aktywna w blogosferze, więc z góry przepraszam za prawdopodobne opóźnienia w powiadamianiu i komentowaniu Waszych opowiadań.
Na koniec najważniejsza rzecz, czyli nowy adres. Podjęłam decyzję, że w sieci będę publikować jedynie Niezależność, stąd ta zmiana. Niestety okazuje się funkcja Obserwatorów nie działa tak, jak powinna, po zmianie adresu, a więc postaram się w najbliższym czasie powiadomić wszystkich o tej nowości. Was zaś zachęcam do wylogowania i ponownego polubienia bloga.
Rozdział dedykowany Kvist.


16 komentarzy:

  1. Niechcący usunęłam sporą część komentarzy, w tym wszystkie spod tego rozdziału. Eh ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to zrobiłaś? :D

      Usuń
    2. chciałam skaskować część komentarzy ze SPAMU, ale niechcący zaznaczyłamw wszystkie 100, które były na pierwszej stronie :p

      Usuń
  2. Jeeej, kolejny rozdział!
    Niezmiernie cieszę się, że Lily dostała główną rolę w musicalu! Po twoich komentarzach pod tekstem, obawiałam się, że nie wygra...
    Dobrze, że Amanda tak się pogrążyła przed Olivierem. Czy mi się wydaje, czy zaczyna coś do niego czuć?
    Jakoś nie mogę polubić Albusa, wkurza mnie to palenie. Miło by było, gdyby powrócił do przyjaźni z Rose. Czemu nie może z nią po prost porozmawiać?!
    To jak Alice przeszkodziła Matyldzie i Albusowi było bezbłędne! xD
    Ciekawi mnie jeszcze jedno: jak to jest z tymi rolami? Lily i Oliver mają główne, ale nie byli sprawdzani z umiejętności śpiewania. Za to Rose śpiewała, ale będzie mieć jakąś poboczną rolę? Bo przecież główni bohaterowie też śpiewają, prawda?
    Nie mogę doczekać się prób z Lily i Olivierem! Szczególnie tych romantycznych (z założenia reżyserów przynajmniej xD) scen :D
    Pozdrawiam i życzę weny!
    ~Arya
    PS A, no i oczywiście: kolejny świetny rozdział! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no wlasnie nie, to będzie taki dziwny musical, w którym śpiewać będą inne osoby niż aktorzy xD aktorzy muszą jeszcze czarować, więc... xD
      Hah, te próby, będzie się działo. Choć nie tylko na nich ;p.
      Mam nadzieję, że kiedyś polubisz Albusa ;p
      dziękuję za komentarz! :)

      Usuń
  3. Jak będzie to wyglądało ze strony technicznej? Zaklęcie zmiany głosu, czy coś w ten deseń? Czy po prostu partia śpiewana-zmiana aktorów i do przodu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. RacZej to drugie, sama brałam udział w takim musicalu swego czasu ;)

      Usuń
  4. Myślałam, że mam spore zaległości, ale... Okazuje się, że czytałam wszystko do 13 rozdziału. Ale właśnie zwątpiłam, nie mogąc znaleźć moich komentarzy pod nimi - wydaje mi się, że je komentowałam jednak...
    Ale zrobiłam sobie małe przypomnienie, więc nie jest źle :D
    O, ciekawe. Lily jednak dostała rolę? I to główną? A była pewna, że totalnie to zawaliła!
    Amanda jest bardzo... wyrachowana. Na pewno nie budzi sympatii, ale może lekki podziw, bo nie często spotyka się tak inteligentne, a przy tym okrutne osoby.
    Już sobie wyobrażam, jak Olivier da popalić Lily na próbach XD To będzie na pewno lepsze niż samo przedstawienie!
    Ciekawi mnie jego ostatnie zdanie. Tak jakby sugerował, że Lily podoba mu się - i to nie tylko fizycznie... ;)
    Jakoś nie potrafię współczuć Amandzie. Do Lily jednak jestem przywiązana, choć także zachowuje się jak suka... Ale Amanda... po prostu nie. Niech idzie się utopić lub coś XD
    Podobał mi się fragment z Albusem. Ma trudny charakter - Matylda tak samo. Ale z niej zazdrośnica! Zastanawia mnie ten Pomarańczowy List...
    Nie mogę się doczekać nowego rozdziału :D
    Pozdrawiam!
    academie-mirandel.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niechcący wykasowałam 100 komentarzy, w tym i Twoje... To dlatego ich nie ma.
      Dziękuję za opinie na temat tego postu :). Olivier nie mowil wtedy o Lily, ale kto wie, co sie stanie w przyszłości :D. Próby beda z pewnością dość intensywne, ale jeszcze nie teraz :p. Odpowiedz, czym jest pomarańczowy list, znajdziesz juz w piętnastce ;) pozdrawiam

      Usuń
  5. Trochę mi zajęło, ale w końcu jestem ;D

    Na samym początku, już tak w oderwaniu od konkretnego rozdziału, chciałabym ci napisać, że jestem pod wrażeniem, jak barny stwarzasz osobowości. Oni oczywiście mają często w sobie coś, czego nie lubię, każdy po kolei mnie denerwuje, ale mają swoje własne, konkretne osobowości, przez co nie zlewają się w papkę. Operowanie tak dużą ilością bohaterów, zwłaszcza gdy piszesz historię, której bliżej do obyczajowej niż do jakiejkolwiek innej, jest dla mnie godne podziwu.

    Tak jeszcze na marginesie - link w spisie treści do rozdziału trzynastego nie działa. Na tym etapie spokojnie można sobie cofnąć po stronie głównej, ale później może to się stać problematyczne ; ))

    Ta Amanda to niezła menda jest i chyba w ostatecznym rozrachunku wypada gorzej niż Lily. Bo ta druga jest po prostu debilką przekonaną o własnej wielkości, a Amanda jest... w sumie też debilką o wygórowanym mniemaniu o sobie, ale do tego wyrafinowaną ;p W każdym razie szkoda, że Lily dostałą tę rolę. Nie należy jej się. Powinna zamiatać boisko.

    Albus też jakaś taka menda ;p Jejku, czy jest tutaj chociaż jedna osoba bez problemów emocjonalnych? ;p Ta jego Matylda też niezła jest , no kosmos, może w ciąży haha

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. zależy mi na różnorodności midzy bohaterami, więc bardzo cieszą mnie Twoje słowa. Ja wiem, czy Albus jest aż taką mendą, sa tutaj gorsze xD Choć kreuje się nieco na taką, to raczej za bardzo nie jest. a emocjonalne problemy to chyba faktycznie każdy ma xD Heh, cóż, Amanda ma być w zamierzeniu gorsza od Lily, wiec...xD Dziękuję za komentarz :)

      Usuń
  6. Kurczaki, miałam nadzieję, że Lily jednak nie dostanie głównej roli ;c no ale trudno, zobaczymy jak sobie poradzi :D
    Amandy jakoś tak NIE CIERPIĘ, wiec ciesze się, że Olivier ja trochę rozgryzl
    Ciekawe jak Nervcia sobie poradzi z tą iście  detektywistyczna zagadka xd
    Widzę ze biedny Al żyje w bardzo burzliwym związku!
    Mam nadzieje ze Al i Rosie się pogodzą! ; ( w tym całym zimnym konflikcie, między ta dwójka a Scorpiusem, najbardziej mi szkoda Ala. To naprawdę niewygodna sytuacja, jak musisz wybierać pomiędzy dwójką bliskich osób i nawet jak Albus nie wybrał nikogo to w rezultacie i tak wyszło źle xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lily musiała dostać tę rolę :D nie dziwię się, że nie przepadasz za Amandą :D zgadzam się, ze Albus ma najgorzej, bo znajduje się miedzy młotem a kowadłem :/

      Usuń
  7. Ech, liczyłam, że może jednak Lily nie dostanie głównej roli...
    Pewnie jestem w mniejszości, ale lubię Amandę. Naprawdę :D
    Biedny Albus, ma najgorszy możliwy typ dziewczyny - taką, która za wszystko się obraża. Jak on w ogóle jeszcze z nią wytrzymuje? Ja na jego miejscu już dawno bym z nią zerwała :D

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od poczatku miała ja miec :D tylko musiałam to pokomplikowac teochę dla jej własnego dobra.
      Hah, serio?
      Zgadzam sie, ale co zrobi Albus?

      Usuń