niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział dwudziesty ósmy: Nocne przechadzki i ranne powroty

Może jednak trzeba było poprosić Grace?, przemknęło Lily przez myśl, gdy po raz kolejny owiało ją zimne powietrze wlatujące na korytarz przez otwarte na oścież okno. Grudniowe temperatury nie stanowiły nic przyjemnego, szczególnie o drugiej nad ranem. Gdyby Potter miała więcej czasu, bez wątpienia zatrzasnęłaby zamkowe okiennice, ale teraz nie chciała tracić czasu nawet na wyciąganie zza pazuchy różdżki.
Nie mogła się niczym rozproszyć; stawka była za wysoka. Musiała bezzwłocznie i bezszelestnie podążyć za Paulem Zabinim, gdy ten tylko wyjdzie z lochów. Jak na razie, kropka opatrzona jego nazwiskiem na pergaminie trzymanym przez dziewczynę nie przemieszczała się – pewnie rozmawiał z Agnes Roulier, co sugerowała Mapa Huncwotów – ale w każdej chwili mogło to się zmienić. Dlatego właśnie, za wszelką cenę starając się nie zacząć dzwonić zębami, Lily przerzucała nerwowe spojrzenia z mapy na schody, z których miał się wyłonić Paul, dosłownie co sekundę. Słabe oświetlenie zapewnione jedynie przez pochodnię znajdującą się kilkanaście stóp dalej nie ułatwiało Krukonce zadania.
Niestety peleryna-niewidka, którą miała na sobie, nie chroniła przed zimnem. Prócz tej jednej, w tej chwili dość istotnej wady, własność rodu Potterów posiadała niemal same zalety niezbędne do skutecznego szpiegowania. Jeszcze w poprzednim roku dziewczyna nie zdobyłaby jej tak łatwo, a przynajmniej nie w cywilizowany sposób, czyli prosząc o nią Jamesa. Teraz, mimo że to nie jej najstarszy brat był w posiadaniu peleryny, to on ją dla niej zdobył, ponieważ obecny właściciel niewidki wciąż nie odzywał się do Lily częściej, niż musiał.
Wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i tylko z niektórych zmian Potter była zadowolona.
Nadal nie potrafiła przyzwyczaić się do lodowatej obojętności Hugona – czegoś, czego istnienia w życiu by nie przewidziała. Wszelkie podejmowane przez nią próby dogadania się z nim spełzały na niczym, choć być może wiązało się to z tym, że nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji? Prowadziła różne walki z różnymi ludźmi – jednak po pierwsze, dotychczas zawsze robiła to w pełni świadomie, a po drugie, nigdy wobec kogoś, kto był jej tak bliski jak Hugo.
A matka…?
Na szczęście Lily nie musiała uciszać irytującego głosiku, który niespodziewanie postanowił się wypowiedzieć, ponieważ jej oczom ukazała się wchodząca po schodach, otoczona ciemnością lochów postać. Wystarczyło jedno szybkie spojrzenie na mapę, by Krukonka potwierdziła, że przybyszem jest oczekiwana przez nią osoba. Potter miała naprawdę dużo farta, gdy dzisiaj udało jej się podsłuchać narzekanie Amandy na swojego brata, który według jej słów „zdziczał do reszty, bo od kilku dni chodzi nieprzytomny z powodu jakichś nocnych eskapad po zamku”. Wiedziała, że nie może zmarnować takiej szansy.
Na szczęście chłopak przystanął na chwilę, aby rzucić na siebie zaklęcie kameleona, co pozwoliło dziewczynie bez problemu za nim nadążyć. Twórcy Mapy Huncwotów uwzględnili istnienie tego typu zaklęć, więc dla Potter Paul pozostawał widoczny.
Lily, zmieliwszy w ustach przekleństwo, potruchtała za coraz szybciej oddalającą się kropką, kierującą się w stronę Wielkiej Sali. Już wcześniej rzuciła na swoje buty zaklęcie wyciszające, podejrzewając, że zostanie zmuszona do biegu. Nie chodziło jedynie o dużą różnicę wzrostu między nimi – Lily, najwyraźniej słusznie, założyła, że Paul będzie się spieszyć. Intuicja podpowiadała jej, że nerwowość chłopaka nie wiązała się tylko z wyjątkowo późną porą. Gdyby ktoś ich nakrył, dostaliby szlaban co najmniej do walentynek. To znaczy, jakby nakrył ich Nochal, Green albo McGonagall, bo Lily była pewna, że przekonałaby resztę nauczycieli do skrócenia kary, a co poniektórych – do jej cofnięcia.
Mogła podziękować Zabiniemu co najmniej za jedno – teraz z pewnością nie było jej zimno, wręcz przeciwnie, czuła się zgrzana. Nie miała zielonego pojęcia, gdzie zmierzał Ślizgon, ale wiedziała jedno – celu nie stanowiły ani błonia, ani Wielka Sala, ponieważ chłopak udał się prosto na główną klatkę schodową Hogwartu. Oznaczało to, że mógł wybierać się dosłownie wszędzie, a ją czekała kolejna nieprzespana noc. Cóż, liczyła się z konsekwencjami. Podobnie jak reszta rodziny była w stu procentach zdeterminowana, by odkryć, kto torturuje Albusa, choć o akcji, którą właśnie przeprowadzała, wiedział tylko jeden z jej członków – James. Zgodnie uznali, że Rose nie potrzebuje informacji o łamaniu przez nią tysiąca punktów szkolnego regulaminu, o ile eskapada nie okaże się sukcesem, natomiast z Hugonem…
Wiadomo.
Potter powtarzała sobie, że z technicznego punktu widzenia szpiegowanie pojedynczo było mądrzejsze niż z kimś – eliminowało się takie komplikacje jak ujawnienie z powodu wystawania spod peleryny jakiejś części ciała bądź hałasowania. Lily nie mogła się jednak oprzeć wrażeniu, że czułaby się bardziej komfortowo, gdyby teraz, w opustoszałym i pogrążonym w półmroku zamku, pod peleryną był ktoś jeszcze. Niestety jedyna osoba, którą mogłaby ot tak o to poprosić, czyli James, znajdowała się na trzydniowym, obowiązkowym szkoleniu aurorskim w południowej Walii.
Prócz Hugona nigdy nie uważała nikogo ze swojej paczki za przyjaciela, ale dopiero od niedawna zaczęło jej to przeszkadzać. Nie potrafiła poprosić o pomoc ani Grace, ani Alice, ani Sharon. Dwóm ostatnim mogłaby co prawda rozkazać, ale dziwnym trafem w tej sytuacji wydawało się to niemal tak samo nierealne jak proszenie o pomoc, choć nawet w połowie nie aż tak przerażające.
W końcu tylko głupcy odmawiają wykonania rozkazu.
Lily uszczypnęła się mocno, skutecznie odrywając od nieprzyjemnych przemyśleń. Jadąc właśnie wraz z Zabinim schodami na najwyższe, siódme piętro, miała nieodparte wrażenie, że ktoś lub coś ją obserwuje. Nie wiedziała, czy to zamek – obrazy, duchy, ludzie, czary – czy niewidzialny Zabini, i chyba nawet nie chciała wiedzieć. Jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest unoszących się schodów, co w ogóle jej nie pocieszało. Niewiele rzeczy potrafiło wzbudzić w Potter autentyczny strach i nigdy by nie podejrzewała, że Hogwart okaże się kiedykolwiek jedną z nich.
O tej porze i w takich okolicznościach zamczysko nie przypominało w żaden sposób tak dobrze znanej i kochanej szkoły. By zająć myśli czymś innym, Krukonka powtarzała swoje kwestie do sceny z musicalu, którą zaczęli ćwiczyć dwa dni temu. Chwilę potem schody zaparkowały z hukiem przy szerokim korytarzu na siódmym piętrze, a kropka oznaczająca Zabiniego zaczęła oddalać się na mapie tak szybko, że Lily znów musiała zacząć biec. Gdybym tylko wiedziała, że będzie się tu wybierał, w ogóle nie czekałabym przy tych głupich lochach…
Zgodnie z oczekiwaniami dziewczyny Paul minął przejście prowadzące do pokoju wspólnego Gryfonów, jednak w przeciwieństwie do nich nie skierował się także do Wieży Astronomicznej, tylko nieprzerwanie szedł przed siebie coraz bardziej zwężającym się korytarzem. Zgodnie z wiedzą Lily oraz dzierżonej przez nią Mapy Huncwotów nic tam nie było – kończył się on ślepym zaułkiem. Najwyraźniej największe osiągnięcie dziadka i jego przyjaciół nie było nieomylne. Przecież Zabini nie szedłby tak pewnym krokiem donikąd…?
Ściany znajdowały się teraz tak blisko siebie, że Ślizgon zaczął iść bokiem, zaś jakiekolwiek światło, które wcześniej choć częściowo oświetlało drogę, zostało daleko za nimi. Lily ostatkiem silnej woli i rozsądku powstrzymywała się przed rzuceniem Lumos, choć jednocześnie zaklinała Paula, by to zrobił. I wreszcie, gdy sama musiała zacząć poruszać się bokiem, jej błagania zostały wysłuchane.
Zabini wyjął różdżkę, z końca której wystrzeliło niemal oślepiające światło. Potter mrugnęła dobrych kilka razy, nim jej wzrok przyzwyczaił się do nowego poziomu oświetlenia. Tymczasem chłopak nie próżnował. Wbrew oczekiwaniom Krukonki nie uruchomił żadnego tajnego przejścia. Jedynym sygnałem tego, że coś się zmieniło, okazał się niespodziewany odgłos przesuwania jakiegoś ciężkiego obiektu. Lily zadarła głowę, a jej oczom ukazała się lewitująca, niemal czarna cegła, która jeszcze przed chwilą stanowiła rdzenną część muru. Puste miejsce, które za sobą pozostawiła, świeciło na mocno przygaszony, zielony kolor.
Potter nie mogła nie docenić zdolności Ślizgona, gdy ten, zdając się w ogóle nie zwracać uwagi na unoszący się za jego pomocą sześcian, płynnym ruchem różdżki wydobył spod szaty coś płaskiego i czerwonawego, a następnie wysłał ten przedmiot do kryjówki. Zielona pustka natychmiast połknęła zdobycz i zgasła, a chwilę potem cegła znalazła się na należytym miejscu, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Pomimo szoku w Lily pozostało na tyle rozsądku, że od chwili, gdy Zabini zaczął czarować, zdążyła wycofać się tak, by teraz – z całej całej siły przyciskając się do ściany – nie zostać przez niego dotkniętą. Ślizgon zamierzał najwyraźniej wrócić do lochów tak samo szybko, jak się tu pojawił.
Gdy zniknął z zasięgu jej wzroku, Potter odliczyła powoli do piętnastu. Z racji, że otaczające ją cisza, pustka i ciemność nie zelżały nawet na chwilę, uznała, że jest bezpieczna. Nie martwiąc się więcej o konieczność zachowania bezwzględnej ostrożności, westchnęła głośno, zrzuciła pelerynę-niewidkę z głowy, wyciągnęła różdżkę i rzuciła na siebie zaklęcie rozgrzewające. Następnie użyła Lumos, a wciąż aktywną Mapę Huncwotów przymocowała tymczasowo zaklęciem do muru, by w każdej chwili móc do niej zajrzeć.
Dopiero po tych niezbędnych przygotowaniach związała włosy w kucyk i zadarła głowę, obrzucając krytycznym spojrzeniem ścianę. Nie potrafiła odnaleźć tej konkretnej cegły, która skrywała przedmiot ukryty przez Paula. Choć i tak wiedziała, że z większym prawdopodobieństwem wskazałaby lokalizację skrytki, niż określiłaby, co ta w sobie zawiera. Zabini poradził sobie ze wszystkim tak szybko, że Lily nie miała czasu niczemu się przyjrzeć! Z niewiadomych powodów wcześniej była przekonana, że to, co zrobi Paul, okaże się naprawdę widowiskowe, a przynajmniej równie przerażające co podróż po Hogwarcie w środku nocy…! Jak mogłam tak to spieprzyć?
Bez wielkich nadziei Krukonka zaczęła rzucać w ścianę wszystkie znane jej zaklęcia demaskujące, otwierające, lewitujące i kilka innych, lecz bez rezultatu. Pewnie nie otworzyłaby kryjówki, nawet gdyby wiedziała, o którą cegłę chodzi – nie znała konkretnej formułki czy wręcz formułek do tego niezbędnych. Prychnęła rozjuszona niczym kotka i machnęła zamaszyście różdżką. Mapa Huncwotów natychmiast znalazła się w jej rękach, podobnie jak chwilę potem peleryna na głowie.
Idąc w kierunku największej szkolnej klatki schodowej, nie czuła ani zimna, ani niewyspania, ani zmęczenia. Jedynie wściekłość zdawała się płynąć w jej tętnicach zamiast krwi. Lily nie mogła uwierzyć, że niczego się nie dowiedziała. Na dobrą sprawę nie potwierdziła nawet, czy nocna eskapada Paula miała coś wspólnego z Matyldą, a tym bardziej z Albusem. Intuicja mówiła jej, że tak, ale brakowało dowodów! Cały czas brakuje faktów, to zajebiście wkurwia…
Potter dochodziła właśnie do korytarza prowadzącego do pokoju wspólnego Gryfonów, kiedy usłyszała huk. Pewnie w ciągu dnia nie zinterpretowałaby tak zwykłych, ludzkich kroków, ale teraz wszystko wydawało się wyolbrzymione. Spanikowana zerknęła na mapę – w jej kierunku nieubłaganie zbliżał się Filch, a ona nie miała gdzie uciec.
Już po mnie…, jęknęła w myślach, a potem przypomniała sobie, że jest pod peleryną-niewidką. Tak bardzo ucieszyła się z własnego szczęścia, że zerwała się jak poparzona do przodu, co okazało się poważnym błędem. Potknęła się o materiał,  przez co jej druga, znajdująca się właśnie w powietrzu noga została odkryta dokładnie w tym samym momencie, gdy woźny wyłonił się z korytarza.
– Myślisz, głupi uczniaku, że mnie ogłupisz?! Jak jest stopa, to jest i reszta… – zaskrzeczał przerażająco i przyspieszył kroku.
Nie udało mu się jednak dotrzeć do Lily, której cudem udało się utrzymać równowagę. Zarówno on sam, jak i dalsza część złorzeczeń zginęły pod wpływem kłującego, gęstego dymu i przerażającego huku przypominającego zawalanie się czegoś dużego.
Potter krzyknęła rozdzierająco i podniosła ręce, próbując osłonić głowę, przez co pozbawiła się jakiejkolwiek amortyzacji podczas upadku. Poleciała do tyłu, lecz zanim znalazła się na ziemi, ktoś złapał ją boleśnie za ramię i pociągnął mocno, krzycząc: „Dawaj za mną!”. Pomimo ostrego bólu, który poczuła w prawej kostce, posłuchała bez sprzeciwu swojego wybawcy. Adrenalina bywała bardzo przydatna. Lily dała się pociągnąć w niewiadomym kierunku, nadal nic nie widząc. Jedynym, na czym się skupiała, było niezgubienie mapy i peleryny, które ściskała kurczowo przy piersi.
– Zarzuć to na nas! – Usłyszała znajomy, męski głos, gdy ciągnący ją osobnik nagle postanowił się zatrzymać, w związku z czym ona zatrzymała się prosto na nim.
– Co? – jęknęła gdzieś pomiędzy jego pachą a kręgosłupem, jednak on zdołał ją usłyszeć.
– Pelerynę! Och, dawaj to! – warknął, gdy nie zareagowała, i sam rozpostarł nad nimi magiczny materiał.
W samą porę, ponieważ za nimi rozległy się kroki. Lily, nie patrząc na chłopaka, odwróciła głowę, i z przerażeniem zobaczyła, że z opadającego już dymu wydobywa się zgarbiona sylwetka szkolnego woźnego. Zamarła ze strachu i gorączkowo wpatrywała się w złorzeczącego na cały świat mężczyznę, który jakby w zwolnionym tempie poruszał się w ich kierunku. Niemal nie wierzyła własnym oczom, kiedy po czasie wydającym się wiecznością Filch minął ich i pokuśtykał w stronę portretu Grubej Damy, zapewne mając nadzieję, że zdoła jeszcze schwytać urwisów.
– Już sobie poszedł, więc możesz przestać.
– Co?
– Wbijać mi z całej siły paznokcie w ramię, Potter! Putin, nagle ci gadkę odebrało?
Nawet jeśli Olivier miał rację, a Lily – zaaferowana niespodziewanymi wydarzeniami – nie mogła zebrać myśli, to tymi słowami sprawił, że zdolność Krukonki do wypowiadania się powróciła w natychmiastowym tempie. Dziewczyna zabrała jak poparzona rękę i odwróciła się do Janviera, gromiąc go spojrzeniem i sycząc:
– Zamknij się, bo zaraz tu przyjdzie i tyle z tego będzie, idioto! Skąd wiesz o pelerynie?!
– Nie przyjdzie, bo rzuciłem na nas Muffliato. A niby to ty należysz do Ravenclawu.
– Jak na kogoś, kto nie znosi stereotypów, zadziwiająco często się do nich odnosisz.
– Za to ty jak zwykle mówisz tak, jakbyś choć trochę mnie znała.
– Znam wystarczająco, by wiedzieć, ile jesteś wart!
– Mam ci przypomnieć, kto przed chwilą uratował cię przed szlabanem? Choć nie, po zastanowieniu uważam, że lepiej będzie po prostu oddać cię Filchowi, przynajmniej pozbędę się kłopotu…
– Kłopotu?! Chyba kompletnie…! – zaczęła Lily, lecz zmuszona nareszcie zaczerpnąć głębszy oddech urwała, ponieważ ku jej ogromnemu nieszczęściu Olivier Janvier naprawdę przed chwilą uratował jej skórę.
Obrzuciła go krótkim, lecz uważnym spojrzeniem. Dopiero teraz, gdy nie obrzucali się wzajemnie błotem, zauważyła, że jego włosy są w nieładzie, gryfoński krawat został przekrzywiony, a on sam wygląda, jakby właśnie biegł w maratonie. Nie mogła wyglądać lepiej. Mimowolnie poprawiła zawiązany wcześniej kucyk, strzepując przy tym dym, a następnie spośród wszystkich pytań, jakie kłębiły się jej w głowie, zadała wcale nie to zaczynające się od „dlaczego”, tylko:
– Czy ty naprawdę rozwaliłeś ścianę?
W odpowiedzi Olivier tylko się roześmiał, a ona miała ochotę sama zrobić to, o co go zapytała.
Za pomocą własnej głowy.
– Potrafisz być zabawna, jeśli chcesz.
– Masz coś jeszcze do powiedzenia? – zapytała Lily po chwili milczenia. Już nie krzyczała, wręcz przeciwnie; ledwo stłumiła ziewnięcie. Zmęczenie, które kumulowało się w niej od kilku dni, dopadło ją w momencie, gdy adrenalina nie była już potrzebna. Bardzo niekorzystnym momencie! Nie zdołał jej ocucić nawet ból kostki, który ponownie poczuła i który nie chciał już odejść.
– Hej, trzymaj się! – zawołał Olivier i złapał ją w talii, gdy zachwiała się i przytrzymała ściany za jego plecami.
Tym sposobem Potter znalazła się znacznie bliżej niego, niż kiedykolwiek by tego pragnęła, i nie miała siły tego zmienić. Nie miała nawet siły być na siebie za to zła! Dlatego, z lekko zadartą głową, patrzyła w te jego ogromne, błękitne oczy, marząc tylko i wyłącznie o dwunastogodzinnym śnie, którego – zważywszy na środek tygodnia – mieć nie mogła.
Szczególnie jeśli dochodziła trzecia w nocy. Już dawno straciła poczucie czasu.
Olivier też się jej przyglądał i wcale nie wyglądał, jakby zamierzał przestać. Nie czuła zażenowania, ponieważ odczuwała tylko zmęczenie, a jego spojrzenie było jedyną rzeczą, dzięki której nie zasnęła na środku korytarza.
– Hugo mi powiedział.
Tym razem nie zapytała „Co?”, choć może wyczytał to z jej wzroku, gdyż dodał:
– O pelerynie. Powinnaś iść do dormitorium, ledwo żyjesz.
Kiwnęła głową.
– Ale nie dojdziesz sama.
Nie odpowiedziała – nie musiała, skoro zrobiło to za nią jej osuwające się na ziemię ciało. Zanim ostatecznie straciła przytomność, usłyszała tylko, jak Janvier mówi pod nosem:
– Ciekawe, ile jeszcze dziewczyn będę odprowadzał dziś do pokojów. Ravenclaw przynajmniej bliżej niż Hufflepuff…

Najbardziej na świecie nienawidził bezsilności. A bezsilność zawładnęła jego życiem ponad miesiąc temu i nic nie wskazywało na to, że miała zamiar zniknąć.
Pewnie równało się to z tym, że nienawidził swojego życia. Może.
Miał to w dupie. Chciał tylko jednego – żeby Albus się obudził, a tego nie mógł otrzymać.
Dlatego więc szukał. Odkąd dowiedział się, że chodzi o klątwę, jak szalony szukał sprawcy i nie mógł go znaleźć. Inni nie popierali jego metod, nawet Rose… Jeśli ktokolwiek był bliższy Albusowi niż on, była to właśnie Weasley, a i tak nie rozumiała! Nie spodziewał się, że aż tak to zaboli, a bolało jak cholera.
Wraz z upływem czasu, gdy nic się nie zmieniało, część emocji opadła. Być może chodziło tylko o czas, być może o brak skuteczności, być może o smutek, jaki wywoływał w Anabelle, a być może o szlaban i wyrzut w oczach Nochala, który jako opiekun Slytherinu odjął mu pięćdziesiąt punktów za napadnięcie na Abingale’a. Obecnie Scorpius był gotów przyznać, że prawdopodobnie jego metoda nie należała do najlepszych, jednak wcale nie uważał, że poczynania reszty są choćby o krztynę mądrzejsze, a tym bardziej skuteczniejsze. Cały klan Potterów-Weasleyów działał zdecydowanie za słabo, nieefektywnie! Najwyraźniej tylko on zdawał się rozumieć prawdziwą wagę problemu.
Co nie zmieniało faktu, że nie miał zielonego pojęcia, co dalej zrobić.
I jedyną osobą, która mogła mu pomóc, była Rose. Tylko ona była na tyle inteligentna, a przy tym na tyle bliska Albusowi. Musiał ją tylko w jakiś sposób przekonać, że trzeba działać bardziej zdecydowanie. Że każdy dzień, w którym Potter pozostaje w śpiączce, działa na ich niekorzyść. Scorpius podobnie jak reszta nie miał pojęcia, jakie konkretnie składowe znajdują się w klątwie, ale zarówno od swojego ojca, jak i z książek, które przewertował, wiedział jedno. Mózg Albusa był torturowany non stop, odkąd spadł z tej cholernej miotły. Cały ten jebany czas… I prędzej czy później nadejdzie moment, w którym wybudzenie się ze śpiączki nic nie zmieni.
Nikt nie mógł określić ani „prędzej” ani „później”.
Żeby mieć jakiekolwiek szanse, Scorpius musiał odzyskać zaufanie Rose choćby w połowie. Co prawda w przeciwieństwie do okresu przed wypadkiem teraz przynajmniej spędzali ze sobą czas i nawet rozmawiali, ale nie miało to nic wspólnego z jakąkolwiek choćby neutralną relacją w stylu sąsiadów wymieniających się informacjami o pogodzie. Weasley skutecznie unikała spędzenia z nim nawet najkrótszej chwili sam na sam. On w większości przypadków też. Nie zajmował się w końcu nawet Anabelle, która ku jego zaskoczeniu wciąż go nie rzuciła. Nie miał pojęcia, jakim cudem Janvier potrafiła z nim wytrzymać.
W każdym razie dlatego to zrobił – upił się w samotności. Inaczej mógłby nie mieć odwagi spotkać się z Rose i przedstawić jej wszystkiego tak, jak to widział, zanim wyjadą na przerwę świąteczną, a szansa na skuteczne uratowanie Albusa stanie się jeszcze mniejsza.
Choć gdyby tylko się upił, efekt mógłby nie być wystarczający. Pewnie leżałby teraz gdzieś na dnie hogwarckiego jeziora. Dlatego dodał do tego niejeden skręt Magicznego Zioła, które podnosiło poziom energii i umożliwiało chociażby napisanie listu do Rose i wysłanie go za pomocą sowy. Miał nadzieję, że Weasley nie zauważy; w końcu kilka miesięcy temu, kiedy byli jeszcze parą, obiecał jej, że nie będzie palił tego świństwa.
Do tej chwili dotrzymywał tej obietnicy.
Dzisiaj wszystko szlag trafił.
Choć nie wiadomo było, jakie dzisiaj było dzisiaj. To dzisiejsze czy jutrzejsze? A może wczorajsze? Czas to taka względna rzecz... Scor wiedział jedno: w tym momencie siedział na kamieniu, czekając na Rose, i kiwał się, w swoim mniemaniu, idealnie rytmicznie. Odstawił butelkę Ognistej Whisky na ziemię, żeby Gryfonka nie odeszła, zanim w ogóle zaczną rozmawiać. Przemyślał to, nim jeszcze zapalił Magiczne Zioło. Chyba nie było go już czuć w powietrzu, choć on z pewnością czuł je w sobie.
Malfoy wiedział, że Weasley przyjdzie, bo jak mogłaby nie przyjść?! Rose przyjdzie do niego, bo to Rose. Poprosił ją w liście, choć nie był pewien, co dokładnie tam napisał, więc przyjdzie. Mała, ruda, śliczna Rose. Choć właściwie to duża
– Malfoy, oszalałeś? – Usłyszał jej piękny głos i podniósł głowę, próbując ufiksować na niej pijacki wzrok. Przez chwilę miał wrażenie, że szczęście przybyło w podwójnej postaci. – Do wyjazdu zostały jeszcze dwa dni, jutro od rana mamy zajęcia, a ty wysyłasz sowę o pierwszej w nocy i każesz mi tu przyjść! I nie chowaj tej butelki, na milę widać, że jesteś pijany. A raczej słychać.
– Śpiewałem? – zapytał radośnie Scorpius i podskoczył niczym dziecko, tylko cudem nie spadając z kamienia.
– Niestety. Czego chcesz?
– Musisz mi pomóc.
– Ja? Tobie? Pomóc? – powtórzyła Weasley nieco zbyt piskliwym głosem, ale nadal mu się podobała. Choć była już tylko jedna. Wciąż stała, a przecież mogła usiąść. Chyba nie przeszkadzał jej śnieg? Jeśli tak, to jakoś zmieściliby się na jego kamieniu, który aktualnie boleśnie wbijał mu się w tyłek.
Scor przetarł twarz ręką, próbując się skupić. Miał misję. Musiał ją wykonać, nawet jeśli przewalił… przesadził. Cokolwiek. Chodziło o przyjaciela!
– Albus musi się obudzić jak najszybciej – powiedział wolno, starając się nie przekręcić żadnego słowa.
W odpowiedzi otrzymał tak smutne spojrzenie, że aż go to otrzeźwiło. Nieznacznie.
– Chodzi mi o to że naprawdę szybko – dodał więc najbardziej rzeczowym tonem, na jaki było go stać. – Że trzeba działać zdecydowanie. Rozumiesz?! Zde-cyyy-dowa-nie.
– Tak? To co niby proponujesz, Scorpius? – oburzyła się Weasley i zaczęła chodzić w tę i z powrotem. Może dlatego, że było jej zimno? W końcu nic nie piła ani nic nie paliła. Powinna zacząć, on po używkach czuł się jak w tropikach. – Niby co mamy według ciebie zrobić, żeby działać bardziej zdecydowanie? I proszę, nie wymieniaj obrzucania winą każdego, kto przemknie ci przez myśl, bo nie tędy droga!
– Możesz przestać chodzić, bo jest was za wiele? – poprosił Scorpius, a widząc jej pełne zdziwienia spojrzenie, dodał: – No pytałaś o prozopycje… propozycje. To mówię.
– Jesteś kompletnie niereformowalny. Nie dociera do ciebie, że w ten sposób nic a nic nie pomożesz?
– A jak inaczej masz mi zaufać?
Dopiero fakt, że stanęła i patrzyła na niego w milczeniu, utwierdził go w przekonaniu, że powiedział to na głos. Żałował, że nie mógł zobaczyć jej twarzy dokładniej niż w świetle księżyca, gwiazd oraz jego otumanionej używkami głowy.
– Nie muszę ci ufać, Malfoy, żeby próbować pomóc Albusowi. Ponadto jak mam zaufać komuś takiemu?! – Tu Rose machnęła w jego kierunku ręką, a Scorpius poczuł się autentycznie oburzony.
To on się tak poświęcał, wydał trzydzieści galeonów na Magiczne Zioło, a ona nie chciała nawet spróbować mu zaufać?
Zdenerwowany wstał, podszedł do niej i próbował schwytać jej nadgarstek, jednak nie zdążył. Wywinęła się mu i założyła ręce na piersiach. Może gdyby się nie potknął, to by mu się udało. Teraz pozostawało jedynie złapać ją za ramiona.
– Rose, proszę cię, musisz spróbować. Razem coś wymyślimy, na pewno się uda! Tylko my dwoje znamy Albusa aż tak dobrze! Tylko my dwoje wiemy…
– Czy ty się słyszysz, Malfoy? – wykrzyknęła po raz kolejny oburzona, jednak ciszej i jakby mniej stanowczo niż wcześniej. Spuściła głowę tak, że Scorpius nie mógł zobaczyć jej spojrzenia, pomimo że niemal dorównywała mu wzrostem. – Porozmawiamy, jak wytrzeź…
– Jakoś muszę je zdobyć, Rose – przerwał jej i, podnosząc lekko jej podbródek do góry, zmusił ją, by na niego spojrzała.
A potem ją pocałował.
Nie spodziewał się, że będzie to pamiętał aż tak dobrze. W jego głowie wciąż szumiało, ale inaczej niż chwilę temu. Zmusił ją do zrobienia kilka kroków do tyłu, tak by oprzeć ją o pobliskie drzewo, ale jednocześnie starał się ani na chwilę nie zmniejszyć odległości między nimi. Rose niemal od razu zaczęła oddawać jego pocałunki, zaplatając mu ręce na szyi.
Plan chyba…
Plask.
Zaskoczony Scorpius odskoczył do tyłu i złapał się za palący żywym ogniem lewy policzek. Co się dzieje?
– Ty sukinsynu… Nigdy nie odzyskasz mojego zaufania! I wiesz co? Pal sobie to Magiczne Zioło, upijaj się do nieprzytomności, mam to w dupie! Po prostu zostaw mnie w spokoju!!!
I odeszła niczym ogień trawiący wszystko, co dotyka.

Czuł się szczęśliwy i nie potrafił być na siebie z tego powodu zły. Zważywszy na niezmienny stan Albusa czy ostatnie wyniki z testów przekrojowych piątoklasistów, Hugo nie powinien mieć powodów do radości, a jednak wyjątkowo dobry humor utrzymywał się od naprawdę długiego czasu.
Weasley po prostu tryskał entuzjazmem. Cieszyło go praktycznie wszystko. Gdy promienie zimowego słońca budziły go o w weekend przed ósmą rano, radował się na myśl o ładnej pogodzie. Gdy zaspał na lekcje, uznał, że to świetnie, bo nareszcie się wyspał. Transmutacja nigdy nie szła mu tak dobrze jak obecnie i być może dlatego zawalił testy zarówno z zaklęć, jak i eliksirów, co ledwo zarejestrował zbyt zajęty własnym szczęściem. Ponadto mógł spokojnie poprawić oceny w styczniu. Nie frustrowali go ani rozwalający swoje rzeczy po całym dormitorium kumple, ani zadający masę wypracowań na święta nauczyciele. Hugo rzadko kiedy czymś się denerwował, nawet wcześniej, ale za to często zamartwiał, a teraz właściwie niczym się nie przejmował, co było wspaniałe.
Odkąd Helena została jego dziewczyną, po prostu nie potrafił spojrzeć na świat inaczej.
Chwile, kiedy musiał przekonywać się co sekundę, że to stało się naprawdę, już minęły, co skutecznie uniemożliwiło kumplom robienie sobie z niego jaj (a przynajmniej z tego powodu), natomiast nie zmniejszyło nawet minimalnie jego zachwytu Smith. W rzeczywistości, każdego dnia, gdy poznawał ją coraz bliżej i lepiej, zakochiwał się w niej jeszcze mocniej. Nieustannie go zaskakiwała. Był nią tak zafascynowany, że w pewnym momencie przestał się nawet bać! Może nie całkowicie, ale sam nie mógł uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno temu przejmował się, czy może wziąć ją za rękę, a później spędzał godziny nad rozmyślaniem, jak i kiedy ją pocałować. Na szczęście Helena rozwiązała ten problem za niego na jednym ze spacerów po błoniach. Hugo zapamiętał oczywiście nie tylko dokładny dzień, ale i godzinę. Minut już nie, ponieważ był w tamtym momencie zbyt zajęty znacznie ważniejszymi i przyjemniejszymi czynnościami.
Prócz Albusa istniała tylko jedna nierozwiązana kwestia, która nieco psuła jego idyllę i którą początkowo z łatwością udawało mu się od siebie odsuwać, ale która – wraz z jego coraz lepszym humorem i zmniejszającą się ilością spraw wywołujących w nim zamartwianie się – coraz mocniej dawała o sobie znać.
Lily.
Kilka dni temu, gdy wraz z nią, Rose i Jamesem po raz kolejny omawiali sprawę Albusa, Weasley ze zdziwieniem doszedł do wniosku, że nie czuje już wobec kuzynki złości. Rozgoryczenie – tak, ale nie złość. Początkowo go to zdenerwowało, ponieważ uparta część jego natury, którą ostatnio odkrył, powtarzała mu, że Potter naprawdę przesadziła i nie powinien jej ot tak odpuszczać. Zaczynał rozumieć, dlaczego babcia Molly nieustannie powtarzała, że jest bardzo podobny do taty. To jednak nie zmieniało faktu, że wściekłość na Lily wyparowała. Hugo był niemal pewien, że to jeden z efektów ubocznych jego świetnego humoru. Nie potrafił odczuwać negatywnych emocji, skoro miał wrażenie, jakby wciąż unosił się nad ziemią.
Ponadto, nie mógł tego nie przyznać, w jego kuzynce coś się zmieniło. I nie chodziło tylko o to, że – cóż za paradoks! – obecnie to chyba on był najbardziej negatywnie nastawionym wobec Potter Gryfonem z ich rocznika, może nie licząc George’a, który nie trawił Lily z zasady. Nawet Olivier rozmawiał z nią częściej! Samo w sobie nie dziwiło to Hugona, ponieważ ci dwoje już na początku roku wplątali się w dziwaczną wojnę, ale fakt, że Janvier potrafił od czasu do czasu pogadać z Potter normalnie, już tak. Francuz powiedział mu nawet nie tak dawno temu, że uratował Krukonkę przed niechybnym szlabanem, i choć wtedy Weasley nie skomentował tego ani słowem, dało mu to do myślenia.
Nie miał siły i nie chciał dłużej ignorować kuzynki, która – co tu dużo mówić – była dla niego bliższa niż rodzona siostra.
Blokowała go tylko jedna, ale za to jakże istotna kwestia – uczucie do Heleny. Czy wybaczenie Lily i pogodzenie się z nią nie byłoby jednoznaczne z niemą zgodą na to, co wygarnęła Smith? Na samo wspomnienie tamtego felernego wieczoru Weasleya ogarniała jeszcze nie tak dawno zupełnie mu obca fala złości, a jego ręce automatycznie zaciskały się w pięści.
Od pewnego czasu Hugo wiedział, że Lily przeprosiła Helenę. Podejrzewał, że Smith powiedziała mu o tym z nadzieją, że chłopak pogodzi się z kuzynką, podobnie zresztą jak Olivier, gdy poinformował go o niedoszłym szlabanie. Jednak Weasley wciąż bił się z myślami. Jego dziewczyna była wspaniałą osobą, o wiele lepszą niż on, więc w ogóle go nie dziwiło, że nie czuła urazy wobec Potter. Ale czy to oznaczało, że i on mógł puścić coś takiego w niepamięć…?
– Musisz z nią porozmawiać, Hugo. Rozmyślania nic ci nie pomogą. A byłoby naprawdę dobrze, gdybyście pogodzili się przed świętami. Wyobrażasz sobie, co zrobi babcia Molly, gdy zobaczy, że nie rozmawiasz z Lily?
Gryfon, gwałtownie przywrócony przez własną siostrę do rzeczywistości, odwrócił spojrzenie od pleców Lily i przerzucił je na bladą twarz Rose, która siedziała obok niego pewnie od dobrych kilku minut. Prefekt naczelna wyglądała nieco lepiej niż kilka dni wcześniej, gdy jak szalona pisała przez całą noc zaległe wypracowania, ale zmęczenie zdawało się wybić na jej obliczu trwałe piętno.
Zmęczenie i coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać, ale co kazało mu spytać:
– Coś się stało? Znaczy, prócz Albusa?
– Nie! – krzyknęła Rose nieco zbyt głośno i zbyt szybko, by uwierzył. Unikała także jego wzroku, nagle przenosząc całą uwagę na zapiekankę, którą właśnie spożywała. – Gdzie podziałeś Helenę?
Hugo odłożył widelec, którym dziobał wystygłą już jajecznicę, i obrzucił siostrę uważnym spojrzeniem, jednak postanowił odpowiedzieć na zadane przez nią pytanie:
– Nie ma jeszcze siódmej, więc wszyscy śpią, korzystając z tego, że odpuścili nam dzisiaj zajęcia.
– No tak.
– Prócz nas – uściślił, nalewając sobie gorącego i pysznie pachnącego kakao. – W naszych genach musi być coś nie tak. Nawet nie czuję się zmęczony!
– Szczęściarz z ciebie, ja wręcz przeciwnie – odparła Rose i na potwierdzenie swych słów ziewnęła szeroko.
Hugo zachichotał.
– Ale co się dziwić, widzę, że od pewnego czasu rozpiera cię energia, więc nie odczuwasz zmęczenia – dodała prefekt naczelna, na co jej brat tylko pokiwał głową.
Przez pewien czas jedli w milczeniu, tak jak mieli w zwyczaju w domu. Lubili te chwile, które stanowiły swoistego rodzaju odprężenie i ucieczkę od codziennych obowiązków.
– Jeśli się z nią pogodzę, to będzie oznaczało, że zgadzam się z tym, co powiedziała o Helenie – odezwał się niemal szeptem Hugo, odstawiając niedopity kubek kakao i znów skupiając spojrzenie na zgarbionych plecach Lily siedzącej samotnie przy praktycznie opustoszałym stole Krukonów. W Wielkiej Sali znajdowało się dosłownie kilkunastu uczniów, więc nie chciał ryzykować, że Potter go usłyszy.
– Co? Oczywiście, że nie – żachnęła się Rose. – Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.
– Na pewno? Przecież… jak mogę z nią tak po prostu rozmawiać? A Helena?
– Musisz to rozdzielić. Lily doskonale wie, dlaczego jesteś na nią zły. To, że się nią pogodzisz, absolutnie nie oznacza twojej zgody na to, co powiedziała o Helenie czy o kimkolwiek innym, nie oznacza twojej zgody na jej zachowanie… Które, swoją drogą, naprawdę uległo zmianie. Zresztą, Hugo, nie chcę, żeby to zabrzmiało nieprzyjemnie, ale przyjaźniłeś się z nią przez tyle lat i nie przeszkadzało ci… Albo przynajmniej nie na tyle, by zerwać z nią znajomość. Nie mówię, że powinieneś! Ale sam widzisz…
– Masz rację – przerwał siostrze Hugo, czerwieniąc się mocno.
Niech to szlag, wydawało mu się, że tylko przy Helenie jego policzki potrafią stać się wrogiem, ale najwyraźniej nie! Rose powiedziała na głos prawdę, która absolutnie nie stawiała go w dobrym świetle. Niezależnie od tego, co zrobiła w przeszłości Lily i niezależnie od tego, że nie zgadzał się z wieloma z tych rzeczy i tylko czasem mówił o tym głośno, właściwie w żaden sposób nie próbował jej powstrzymywać. A teraz Potter, już od pewnego czasu, się zmieniła, gdy tymczasem on zachowywał się jak gdyby nigdy nic…
– Tylko mi teraz nie zacznij mówić, że to twoja wina! Nie odpowiadasz za grzechy kogoś innego, nawet jeśli masz takie wrażenie. Bo jak ci na kimś zależy, to może ci się tak wydawać… – Rose urwała nagle i rozdrażniona pokręciła głową.
Hugo po raz drugi podczas tej rozmowy uznał, że nie będzie dopytywać; zgarbione ramiona siostry i usta zaciśnięte w kreskę podpowiedziały mu, żeby nie próbował. Zamiast tego stwierdził:
– No to pójdę z nią porozmawiać. Na pewno lepiej działać niż gdybać.
Zanim wstał, Rose poklepała go po plecach, uśmiechając się do niego pokrzepiająco i jakby z dumą. Gdy ruszył powoli w kierunku stołu Krukonów, ze zdziwieniem poczuł na sobie wzrok Lily, która już nie siedziała, tylko opierała się o ławę, zwrócona w stronę Gryfonów. Nie mógł uwierzyć, że przegapił moment jej ruchu.
Podchodząc bliżej, Weasley dostrzegł w jej uważnym spojrzeniu mieszaninę oczekiwania z niedowierzaniem. W końcu stanął na tyle blisko dziewczyny, że Potter musiała aż zadrzeć głowę, przełknął ślinę i zamiast przywitania rzucił:
– Siedzimy dziś razem w przedziale?
Lily kiwnęła pojedynczo głową, ale nagle zatrzymała ten ruch i z nutką zawahania zapytała:
– Nie siedzisz z Heleną i O… całą resztą?
– Siedzę, ale z tobą też chcę. Możesz do nas wpaść albo ja wpadnę do ciebie. – Wzruszył ramionami.
Lily uśmiechnęła się do niego szeroko, a w jej zielonych oczach dostrzegł błysk radości.
– Będę siedzieć z Sharon i Grace, wpadnij do nas.
– Pewnie – odpowiedział, nie potrafiąc nie odwzajemnić jej uśmiechu.
Oboje aż za dobrze zdawali sobie sprawę, że Potter nie przyszłaby do przedziału Gryfonów, nawet jeśli ostatnio czasem z nimi rozmawiała. Oboje wiedzieli też, że między nimi nareszcie wszystko się rozwiązało. Dlatego chwilę potem zaśmiewali się do rozpuku tak, jak mieli to w zwyczaju, nie zważając na pełne dezaprobaty spojrzenia kilkunastu uczniów, którzy zwlekli się na ostatnie przedświąteczne hogwarckie śniadanie już przed siódmą rano.
Oraz jedno pełne radości – to należące Rose.

 ***

Serwuję Wam kolejny rozdział, mam nadzieję, że się spodoba. Sprawa Albusa choć trochę ruszyła… Choć czy na pewno, to się dopiero przekonacie ;). Bardzo ciekawi mnie też Wasza reakcja co do zachowania Scorpiusa, czy zmienicie o nim zdanie czy nie. Kolejne rozdziały w innej, świąteczno-noworocznej perspektywie, mam nadzieję, że się Wam spodobają.
Rozdział dedykuję nowej czytelniczce, Vivianne Pavarell.