piątek, 31 marca 2017

Rozdział dwudziesty piąty: Podejrzenia

Odkąd Albus wrócił do szkoły, czyli od ponad dwóch tygodni, Hugo czuł się tak, jakby brał udział w niekończącej się lekcji transmutacji. Odnosił wrażenie, że jego mózg powoli, lecz nieustannie zamienia się w papkę niemającą najmniejszych szans na powrót do prawidłowej formy. Niekończące się debaty i próby rozwiązania problemu Albusa ostatnio zaczęły zadręczać go nawet w snach, co zdecydowanie nie poprawiało jego samopoczucia. Podejrzewał, że nie zwariował tylko dzięki obecności Heleny, która cierpliwie przy nim trwała i z którą już za kilka dni wybierał się do Hogsmeade.
W tej chwili wydawało mu się jednak, że do wyczekiwanego wypadu dzieliła go cała wieczność. Od przeszło dwóch godzin wraz z Rose wertował kolejne magiczne księgi w poszukiwaniu olśnienia i nic nie wskazywało na to, by takowe miało nadejść. Dlatego właśnie od dłuższego czasu zapał Gryfona znacznie osłabł, a on sam coraz wolniej i wolniej przekładał kolejne strony starych woluminów…
– Hugo, naprawdę nie wiem, jak w tym przypadku miałaby się objawiać Klątwa Zależności! A przecież Rodriguez pisze tutaj wyraźnie, że zawsze, ale to zawsze COŚ jest!
Wyrwany z półsnu chłopak podskoczył gwałtownie. Przecierając przekrwione oczy, podniósł głowę i spojrzał na swoją rozczochraną oraz wyraźnie sfrustrowaną siostrę wskazującą palcem na fragment tekstu w wyjątkowo grubej księdze. Jako że w ostatnim czasie wielokrotnie widział podobny obrazek – i na jawie, i we śnie – uszczypnął się mocno, aby upewnić się, czy nie śpi. Dopiero ból skutecznie przekonał go, że nie.
– Wszystko w porządku? – spytała Rose, uważnie na niego patrząc.
– Tak – zapewnił ją szybko, opierając plecy o wyjątkowo miękkie oparcie charakteryzujące wszystkie biblioteczne krzesła.
Nie dodał nic na temat swojego zmęczenia. Był pewien, że jego siostra spędza całe noce na wertowaniu kolejnych ksiąg i cierpi znacznie bardziej niż on. W przekonaniu tym Hugona utwierdzały jej wiecznie podkrążone oczy i hektolitry kawy, które wypijała do każdego posiłku, a czasem nawet – łamiąc regulamin! – w kuchni hogwarckiej. Sam ją na tym przyłapał.
– Masz coś jeszcze? – zapytał tylko po to, by ponownie nie popaść w letarg.
– Nie, nic! Nic, co mogłoby nam pomóc. Nawet książki Jamesa w niczym mi na razie nie pomogły! Mam nadzieję, że jutro przyniesie kolejne i że… – Rose przerwała, wzdychając głęboko, a następnie o wiele wolniej i ciszej dodała: – To chyba jest bez sensu.
Beznadzieja w głosie siostry niemal zmroziła Hugona. Właśnie dlatego do tej pory nie podzielił się z nią tym, w czym utwierdzał się od dobrych kilku dni. Nie chciał być osobą, która odbierze jej nadzieję.
– Wydaje mi się, że nie znajdziemy odpowiedzi w standardowych książkach – zaczął ostrożnie Hugo – przy czym zaliczam do nich również te pozycje, które są w Dziale Ksiąg Zakazanych, i podręczniki Jamesa. To wszystko jest zbyt… nieczarnomagiczne. Za mało okrutne – ostatnie słowo wypowiedział niemal szeptem. – Nie wiem nawet, czy w Departamencie Tajemnic…
– A jak, Hugo? – przerwała mu rozpaczliwie Rose, wpatrując się w niego intensywnie. – Jak?! Przecież to magia. Magia kogoś, kto przebywa w tej szkole! Powinniśmy móc znaleźć cokolwiek, skoro jesteśmy czarodziejami. Jeśli ta magia nie byłaby dostępna nawet dla ministerstwa, no to jakim cudem moglibyśmy oczekiwać, że…
Urwała gwałtownie, oddychając nierówno. W jej oczach Hugo dostrzegł przerażenie. Przełknął ślinę, próbując jednocześnie rozgrzać coraz zimniejsze dłonie, a następnie powiedział stanowczo:
– Musimy odkryć, kto to jest, Rose.
– A tymczasem pozwolić Albusowi tak po prostu… – Weasley niebezpiecznie podniosła głos, lecz nagle, jakby tracąc wszelkie siły, spuściła głowę i szepnęła: – Może masz rację? Jeśli i tak nic nie mogę zrobić…
– Rose, nie o to chodzi – pospiesznie odpowiedział Hugo. – Ustalenie tego jest naprawdę istotne i właśnie to możemy zrobić. Szczególnie że o to przede wszystkim zostaliśmy poproszeni przez wujka. W końcu nie dość, że przebywamy w szkole przez cały czas, to jesteśmy uczniami.
– I co z tego? – parsknęła Rose, nagle wyraźnie zirytowana. Jej humor zmieniał się w niepokojąco szybkim tempie. – Przecież wałkowaliśmy to tysiące razy. I co? I nic. Do niczego nie doszliśmy. Dlatego właśnie trzeba bazować na wiedzy, a nie jakichś idiotycznych przypuszczeniach! Wracam do czytania, muszę przejrzeć dzisiaj to wszystko! – Tu dziewczyna machnęła w kierunku sterty potężnych woluminów sięgających niemal do jej brody.
Hugo spojrzał na ogromny, biblioteczny zegar – dochodziła dwudziesta i niedługo miała przyjść reszta. Musiał coś zrobić.
– Rose, posłuchaj mnie – powiedział najbardziej spokojnie i poważnie, jak potrafił. Siostra rzuciła mu zrezygnowane spojrzenie, co uznał za dobry znak do kontynuowania: – To dla nikogo z nas nie jest łatwe, ale musimy postarać się… myśleć racjonalnie. Nie sądzę, żeby czytanie tych książek cokolwiek nam przyniosło. Mamy o wiele większe szanse dojść do tego, kto uwziął się na Albusa, i na tym musimy się skupić. Wiem, że rozmawialiśmy o tym wielokrotnie – sami i z innymi – ale na ogół kończyło się tylko na kłótniach. W taki sposób nic nie zdziałamy.
Rose ponownie spoglądała na Hugona szeroko otwartymi oczami, jednak tym razem w jej spojrzeniu nie dostrzegał przerażenia, a zdziwienie, co potwierdzały szeroko otwarte usta.
– Czy… czy ty właśnie poradziłeś mi myśleć racjonalnie? – wyjąkała.
Hugo, nieco zdenerwowany, przytaknął, na co dziewczyna ku jego zaskoczeniu uśmiechnęła się delikatnie.
– To, co mówisz, faktycznie brzmi rozsądnie. Potrzebny mi w tym wszystkim większy spokój… – westchnęła, zamykając z hukiem gruby wolumin autorstwa Andreasa Rodrigueza dotyczący klątw i uroków, a następnie, idealnie udając głos Hermiony Weasley, dodała: – Dorastasz, Hugo, jestem z ciebie dumna.
Uśmiechnęli się do siebie, rozładowując napięcie. W wyobraźni chłopaka automatycznie pojawił się widok rzeczonego „źródła jego dorastania” w postaci drobnej, dziewczęcej twarzy, otoczonej jasnymi, miękkimi włosami…
– Zacznijmy od faktów – stwierdził i, wziąwszy do ręki pióro, zakreślił na środku czystego pergaminu sporej wielkości koło, do którego drukowanymi literami wpisał słowo „sprawca”.
– Robisz mapę myśli? – zapytała Rose, przesiadając się na krzesło obok niego.
– Tak to się nazywa? – odpowiedział pytaniem na pytanie Hugo, w myślach po raz kolejny dziękując Helenie, tym razem za jeden ze sposobów nauki, który niedawno mu pokazała, a który spodobał mu się na tyle, że uznał, iż będzie pomocny nie tylko do przyswajania szkolnego materiału. – Niepodważalnym faktem jest to, że sprawca musi znać się na czarnej magii i mieć potężną moc.
Rose przypatrywała się w milczeniu, jak jej brat rozrysowuje dookoła strzałki i kolejne kółka, a następnie stwierdziła:
– Tak, to prawda, ale czy to nie jest równoznaczne z tym, że to musi być nauczyciel? Czy uczeń umiałby coś takiego zrobić?
– Fakty, Rose – przypomniał jej chłopak, zapisując w jednym z kółek „znajomość czarnej magii”, a w następnym „duże zdolności, umiejętności magiczne”. – Bo zaraz wykluczysz wszystkich tak jak wcześniej, a przecież ktoś musi za tym stać, skoro Albus leży nieprzytomny w Skrzydle Szpitalnym.
Gryfonka po raz kolejny popatrzyła zdziwiona na brata, nie potrafiąc zrozumieć, jak i kiedy zamienili się rolami. Ale cieszyła się z tego. Po raz pierwszy od dawna część napięcia ją opuściła. Świadomość, że nie była w tym wszystkim sama i że mogła pozwolić na to, by ktoś choć na chwilę przejął pałeczkę dowodzenia, uwolniła ją częściowo od emocji, które przyćmiewały wyjątkowo ceniony przez nią rozsądek.
Chciała dowiedzieć się, w jaki sposób Hugo tak dobrze sobie radził, ale nie w tej chwili. Teraz pragnęła skupić się na zadaniu w równym stopniu co on.
– Za chwilę zastanowimy się, kto może być sprawcą ze względu na którą cechę, ale najpierw pomyślmy, co jeszcze wiemy. Sprawca musi znajdować się na stałe w Hogwarcie – zakomunikował Hugo, zapisując swoje słowa w kolejnym kole.
– To wiemy…
– …od początku, tak, wiem – dokończył chłopak. – Dlatego trzeba to zapisać. Zapisać wszystko, co wiemy na pewno, wszystko, czego się domyślamy, wszystko, co przypuszczamy, wszystko, co nam się wydaje. W odpowiedniej kolejności. Musimy się postarać, żeby nic nam nie umknęło. A może znajdziemy dzięki temu powiązania, których wcześniej nie widzieliśmy?
– Skąd ty? To znaczy… – Rose zarumieniła się wściekle, nie chcąc urazić Hugona niezadanym do końca pytaniem.
– Nie, nie wymyśliłem tego sam. Rozmawiałem z… – Tym razem to chłopak zaczerwienił się tak samo intensywnie co jego siostra, jednocześnie przygryzając końcówkę pióra.
– Cieszę się – powiedziała ciepło prefekt naczelna i stuknęła palcem w pergamin, wracając do poprzedniego tematu: – Zapisujemy tutaj fakty tylko dotyczące sprawcy? Tego, czego do tej pory dowiedzieliśmy się na temat stanu Albusa i klątw?
– Nie, to będzie na następnej mapie. I raczej dzisiaj nam się nie uda, skoro zaraz przyjdzie reszta. Dobra, co dalej… Wiemy, że sprawca musi być bardzo dobry w zaklęciach. Szczególnie jeśli zakładamy, że podtrzymuje klątwę z daleka. Ale nie, to już nie jest fakt, więc na razie skupmy się na zaklęciach. Zgadzasz się?
– Tak. Prawdopodobnie musi też brylować w OPCM – podjęła Rose, zrozumiawszy sposób myślenia Hugona. – Zaklęcia i obrona to powinny być jego lub jej koniki.
– Faktem albo przynajmniej niemal stuprocentowym przypuszczeniem jest też to, że ta osoba zna Albusa. Czegoś takiego nie robi się komuś przypadkowemu. Z jednej strony można powiedzieć, że zna go cała szkoła, ale z drugiej… wiesz, o co chodzi.
– Muszą znać się dobrze. Szczególnie że w wielu książkach przeczytałam, że im bardziej skomplikowana klątwa, tym trudniej ją rzucić i podtrzymać. Dlatego właśnie o wiele łatwiej to zrobić, jeśli ofiara jest w jakimś stopniu związana ze sprawcą! Może i znów wysnuwam przypuszczenie, ale wydaje mi się, że bardziej pewne niż niepewne – zawołała Rose, niemal podskakując na krześle z ekscytacji.
Teraz o wiele bardziej przypominała samą siebie, gdy nad czymś główkowała. Hugo odetchnął z ulgą, a następnie zapisał na kartce „bliska znajomość z Albusem”.
– Niekoniecznie. – Weasleyowie usłyszeli nad sobą dziewczęcy głos i jak na zawołanie podnieśli głowy. Lily stała po drugiej stronie stołu, wpatrując się w mapę myśli. Po chwili milczenia wyjaśniła: – Nie chodzi mi o rzucanie klątwy, ale o wasze założenie na temat znajomości. Sprawca niekoniecznie musi dobrze znać Albusa, ponieważ jego motywacją nie musi być sam Albus.
– To Albus jest ofiarą i od miesiąca leży nieprzytomny – odparł oschle Hugo, nie patrząc na siadającą obok niego Lily.
Rose obrzuciła go krótkim spojrzeniem, obiecując sobie po raz kolejny, że porozmawia z nim na temat ich kuzynki. Weasley nigdy nie była dobra w doradzaniu, jeśli chodziło o relacje międzyludzkie, ponieważ jej samej sprawiało to mnóstwo problemów, ale nie mogła patrzeć na to, co działo się od pewnego czasu między Hugonem a Lily. Nie ignorowali się, wręcz przeciwnie – rozmawiali, ale tylko i wyłącznie na temat Albusa. Jej brat zdawał się traktować Lily jako zło konieczne, kogoś, kogo musi tolerować ze względu na zewnętrzny przymus. Mówił do niej kompletnie bezosobowym tonem. Gdyby Rose nie spędziła z nim piętnastu lat, może nie zauważyłaby, że go to męczy, ale spędziła i nawet ona nie była aż tak ślepa na niedopowiedzenia.
– Owszem, i zdecydowanie nie jest to przypadek; wszystko zostało starannie przemyślane – stwierdziła Lily, nie reagując na nieprzyjazne zachowanie Hugona, do którego zdołała się przyzwyczaić, lecz z którym nie potrafiła się pogodzić. – Ale pomyślcie o tym w ten sposób: czy na pewno chodzi o samego Albusa? Może miał być przynętą? Stanowić kartę przetargową?
– Chodzi ci o wujka? – Rose spojrzała na Lily z szeroko otwartymi oczami. Nie mogła uwierzyć, że sama w ogóle o tym nie pomyślała! – To… to znacznie rozszerza krąg ewentualnych podejrzanych!
– Tak, o niego i ogólnie o całą naszą rodzinę. W świecie czarodziejów jest wielu ludzi, którzy mogą, mówiąc delikatnie, za nami nie przepadać, jak również sporo takich, którzy nas nienawidzą. Mogą chociażby chcieć się zemścić.
– Połowa Slytherinu – mruknął pod nosem Hugo, stukając nerwowo o pergamin, na którym od dawna nic nie zapisał.
– Nie tylko Slytherinu – wtrąciła Lily szybko, ale Weasley zdawał się jej nie usłyszeć, kontynuując swoją wypowiedź:
– Połowa szkoły! A może nawet nauczyciele?! Kto wie, czy ktoś z ich bliskich nie został skazany dzięki aurorom?!
– To ma sens. Gnębić Albusa, przedłużać jego męki, doprowadzać nas wszystkich do szału. A później, po jakimś czasie, próbować na przykład wymusić coś na waszym ojcu – stwierdziła Rose, wzdrygając się niespodziewanie. Miała wrażenie, że temperatura w bibliotece spadła o kilka stopni.
– Jeśli to prawda, to wciąż wydaje mi się, że sprawca musi dobrze znać Albusa. A przynajmniej lepiej niż Lily – odezwał się Hugo tak, jakby kuzynka wcale nie siedziała obok. – W końcu z jakiegoś powodu to jego wybrał.
– Dlatego trzeba przeanalizować wszystko krok po kroku – podsumowała Rose. – Dokończyć mapy, napisać o wszystkich przypuszczeniach, skupić się na odpowiednich tropach, uszeregować podejrzanych ze względu na prawdopodobieństwo…
– I nie zapominać o intuicji czy emocjach – wtrąciła Lily, wpatrując się w Hugona, który zupełnie na nią nie reagował. – Niezależnie od faktów.
– Dlatego nie zapominajcie o mojej intuicji. – Usłyszeli zza pleców głos Jamesa, który chwilę potem okrążył stół i, odsunąwszy z hukiem krzesło, usiadł naprzeciwko całej trójki. – Moje przypuszczenia nie zmieniły się ani na chwilę.
– Ciszej! Chcesz, żeby nas stąd wyrzucili? – pisnęła Rose, ze zdenerwowaniem rozglądając się dookoła. Co prawda zajmowali jeden z najbardziej osamotnionych i oddalonych od reszty stołów, lecz nie zmieniało to faktu, że nie powinni przeszkadzać innym.
Oraz że ci inni nie powinni ich podsłuchiwać.
– Co tu robisz? – zapytała Lily Jamesa. – Nie miałeś przyjść jutro?
– Jednak nie dam rady, mamy niespodziewane szkolenie w terenie, dlatego wpadłem dzisiaj. Rose, masz tutaj kolejne podręczniki. – Mówiąc to, Potter wyciągnął z niewielkiego plecaka miniaturowe książki, które jednym ruchem różdżki przywrócił do ich pierwotnego rozmiaru. – Mówię wam, Matylda jest bardzo prawdopodobna!
– Nie mówimy, że nie, ale musimy działać bardzo ostrożnie – odpowiedziała rzeczowo Rose. – Nie mamy przeciwko nikomu choćby jednego, twardego dowodu. A dobrze wiemy, że nawet jeśli ministerstwo pozwoliłoby na użycie Veritaserum wobec niepewnych podejrzanych, to z pewnością nie pomogłoby Albusowi w powrocie do zdrowia. Przecież działania niepożądane Ver…
– Rose, już to wiemy – przerwała jej Lily.
– Nie musisz jej przerywać.
– A ty niby co teraz robisz, Hugo?
– Uspokójcie się – warknął nagle James tak stanowczo, że zdziwieni piętnastolatkowie mimowolnie ucichli. Potter nie należał do osób, które strofowałyby kogokolwiek, ale z drugiej strony nie był już szesnastoletnim łobuzem pakującym się non stop w tarapaty. – Później będziecie sobie dogryzać jak małe dzieci, teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie. Może i brakuje na nią dowodów, ale z drugiej strony, jeśli będziemy chcieli czegoś pewnego, to możemy szukać milion lat, a tymczasem Albus będzie w coraz gorszym stanie! Cały czas nie rozumiem, czemu pozwalamy jej nam pomagać!
– Dlatego musimy działać – odparła Rose, ignorując ostatnią uwagę kuzyna. – Jak najszybciej. Przeanalizujmy to wszystko, napiszmy, do jakiego punktu na tej mapie kto najbardziej pasuje. Jeśli chodzi o wiedzę czarnomagiczną…
– To Frank Abingale, jestem tego pewien!!! – Scorpius Malfoy nie bawił się ani w powitania, ani we wstępy. Nie zdawał się też zwracać też najmniejszej uwagi na to, że wcale nie są w bibliotece sami.
Rose nie wiedziała, czy bardziej ją zdenerwował, czy przestraszył. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę od niego chciała. Nic, co było z nim związane, nie było dla niej jasne. Dlatego starała się do niego nie odzywać. W ogóle. Choć czasami musiała. Ale wtedy na niego nie patrzyła. W ogóle. Chyba że musiała. A czasem musiała, choć nie wiedziała dlaczego. Teraz on się pojawił, a ona znów nie wiedziała. Niczego.
Nienawidziła nie wiedzieć. To wytrącało ją z równowagi.
– Siadaj, Malfoy, i nie drzyj się na całą bibliotekę – warknął James, odsuwając krzesło Ślizgonowi. Dla nikogo nie było tajemnicą, że najstarszy Potter nie przepadał za najlepszym przyjacielem swojego młodszego brata.
– Mało wymagający ten kurs aurorski, co? – odparł złośliwie Scor, jednak jego zaczepka została zignorowana, być może dlatego, że sam kontynuował poprzedni wątek: – To, że Abingale zmusił Albusa do upadku z tej miotły, było tylko przykrywką do tego, co zrobił później. Wszyscy dobrze wiemy, że ten kutas nienawidzi Albusa właściwie od początku szkoły!
– Nie przeklinaj! I na pewno nie od początku szkoły – wtrąciła Rose, wściekle czerwona na twarzy. Wpatrywała się intensywnie w zielony krawat Scorpiusa tylko po to, aby nie spojrzeć na jego twarz. – Wtedy się przyjaźnili, a doskonale wiesz, że…
– Chyba nie zamierzasz mi mówić, że to moja wina, że przestali? Na Merlina, Rose, co to w ogóle za argumenty? Ponadto już kiedyś o tym dyskutowaliśmy i…
– Przyjaźnili się? – przerwała Lily, jednak nikt nie zdawał się chętny do odpowiedzenia na jej pytanie, dlatego, prychnąwszy głośno, podjęła poprzedni wątek: – Malfoy, upadek Albusa z miotły nie mógł być celowy, wszyscy to wiemy. Nie pamiętasz, co mówił Kruger?
Scorpius mruknął pod nosem coś niezrozumiałego.
– Ponadto oskarżasz wszystkich po kolei – dodał Hugo, nieświadomie biorąc stronę Lily. – Najpierw byłeś święcie przekonany, że to musi być Matylda, później, że Nadia…
– …Nina. I nadal nie wykluczam jej zupełnie, w końcu to kompletna wariatka, zakochała się w Albusie i męczyła go cały poprzedni rok!
– …a teraz, że to na pewno Frank – kontynuował niezrażony Hugo.
– W skrócie mój kuzyn próbuje ci przekazać w łagodny sposób, że nikt nie bierze twoich stuprocentowych przekonań na serio – oznajmił głośno James. – Równie dobrze ja mógłbym cię oskarżać, że skoro jesteś Malfoyem, a twój ojciec nienawidzi mojego, to miałeś motyw.
– Zwariowałeś, Potter?! – syknął Scorpius, zaciskając mocno pięści i ledwo utrzymując się w pozycji siedzącej. – Pojebało cię do reszty?
– Nie uważam tak, idioto, ku mojemu niezadowoleniu naprawdę kumplujesz się z Albusem. Próbuję ci tylko pokazać, jak dużą wartość mają twoje kolejne oskarżenia.
– Sam masz swój typ, Matyldę, niepoparty tak naprawdę niczym, więc nie pierdol mi tutaj…
– Zamknijcie się, do cholery! – ryknęła wściekle Rose, uderzając gwałtownie pięścią w stół.
W odpowiedzi zapadła ciężka cisza, a w Weasley zostały wlepione cztery spojrzenia wyrażające skrajne zdziwienie. Sama też siebie nie poznawała; nie dość, że wcześniej wtrąciła się w wywód Scorpiusa, to teraz zupełnie straciła nad sobą panowanie! Ale po prostu nie mogła tego słuchać. Aż za dobrze zrozumiała, co miał na myśli Hugo wcześniej, wspominając o kłótniach, które wywiązywały się między nimi właściwie zawsze, gdy zaczynali dyskutować o podejrzanych. Miało to najwyraźniej spory związek nie tylko z niezgodnością poglądów, ale z tym, że w ich dziwacznej grupce znajdowało się zbyt dużo negatywnych emocji niedotyczących bezpośrednio Albusa. Dobrze, że przynajmniej Matylda nie mogła dzisiaj się z nimi spotkać, ponieważ na krzykach by się nie skończyło, a Weasley nie zamierzała po raz kolejny przepraszać bibliotekarki za podarte książki, nawet jeśli można było przywrócić je do pierwotnej formy za pomocą jednego czaru.
– Dziś do niczego więcej nie dojdziemy – powiedział Hugo po ciszy wydającej się nieskończonością. – I podejrzewam, że to się nie zmieni, jeśli będziecie sobie wciąż niepotrzebnie skakać do gardeł. Proponuję, żeby każdy przemyślał sprawę na spokojnie. – Weasley machnął różdżką w kierunku pergaminu z mapą myśli, co spowodowało jej powielenie cztery razy.  – Macie tutaj kopie – dodał Hugo. – Idę stąd. Rose?
– Tak, ja też – Weasley wstała gwałtownie i, zupełnie ignorując mówiącego coś do niej Scorpiusa, podążyła za Hugonem w kierunku wyjścia.
Lily patrzyła przez chwilę na Malfoya i swojego najstarszego brata, którzy nadal obrzucali się nieprzychylnymi spojrzeniami, a następnie powiedziała:
– Nie wierzę, że to mówię, ale wy naprawdę powinniście przestać się wykłócać dla dobra Albusa. – Widząc, że James również się podnosi, pewnie po to, by ją odprowadzić, dodała z naciskiem: – Zostawiam was samych. Dobranoc.

Frank nie mógł uwierzyć, że to działo się naprawdę. Sytuacja była tak niedorzeczna, że sam nie wiedział, czy powinien się śmiać czy płakać. Dlatego nie zdecydował się na nic prócz podążania szkolnym korytarzem za wyjątkowo uradowaną Eleonorą Lestrange i próbą uzmysłowienia sobie, że za chwilę naprawdę dołączy do ekipy grającej w musicalu.
Odbywające się co roku konkursy w ramach Integracji Międzyszkolnej nigdy nie leżały w kręgu jego zainteresowań. Nie zależało mu na sławie. Brał czynny udział tylko w tym, co lubił, czyli rozgrywkach quidditcha. Właściwie dopiero teraz, w siódmej klasie, tematyka konkursu choć trochę go zaciekawiła – w końcu chodziło nie tyle z przedstawieniem teatralnym, a konkretnie z musicalem. A on, dzięki ojcu, już jako mały dzieciak zafascynował się gitarą. Uwielbiał grać i nie mógł zaprzeczać, że nie naszła go chęć zgłoszenia się na eliminacje.
Myśl ta jednak zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Nie miał ani sił, ani ochoty brać udziału w komercyjnym przedsięwzięciu, które dodatkowo uważał za kiczowate. Wystarczyło tylko posłuchać rozentuzjazmowanych młodszych uczennic głośno omawiających fabułę West Side Story, by dojść do takiego wniosku.
Co prawda, gdy Frank dowiedział się, że Rose będzie w nim śpiewać, poczuł pewien żal, lecz szybko o nim zapomniał. A może inaczej – uznał, że jako widz otrzyma zdecydowanie lepszą możliwość posłuchania i obejrzenia jej występu. Wciąż nie mógł za to pogodzić się z tym, że do tej pory nie miał najmniejszego pojęcia, że ona w ogóle śpiewa. Ta dziewczyna była chodzącą zagadką i może dlatego tak bardzo go fascynowała.
Z drugiej strony, kto w szkole wiedział o jego własnych, skrywanych zainteresowaniach, czyli przede wszystkim właśnie o graniu na gitarze? Oczywiście jeszcze kilka miesięcy temu mógłby wskazać dobre kilka osób. Niestety jego starsi przyjaciele ukończyli szkołę w czerwcu, a teraz studiowali, podróżowali i pracowali.
A przynajmniej większość z nich. W Hogwarcie wciąż była Sofia, niegdyś jego najbliższa przyjaciółka, a obecnie… Cóż, do niedawna sądził, że dziewczyna w ogóle nie zwraca na niego uwagi, skoro traktuje go jak powietrze, ale najwyraźniej się mylił. Świadczyło o tym dobitnie to, co właśnie się działo.
Bo niby skąd przedstawiciele ministerstwa mieliby wiedzieć o jego pasji? O tym, że przed rozpoczęciem nauki w Hogwarcie brał udział w wielu dziecięcych przedstawieniach, gdzie nie tylko grał na gitarze, ale wcielał się w różnorodne role, z których najlepszą, a przynajmniej najbardziej niezapomnianą było odgrywanie mówiącego baobabu? Kto, jak nie Sofia, mógłby podsunąć komisji jego kandydaturę?
Frank zdawał sobie sprawę, że nie był to przypadek, ze względu na treść listu, który otrzymał od nich przedwczoraj. Nie miał pojęcia, dlaczego nie zapytali go bezpośrednio; podejrzewał, że ze względów formalnych, jednak nie to się liczyło, a fakt, że musiał coś z tym zrobić.
Początkowo był przede wszystkim zły na Sofię. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że zrobiła to złośliwie. Doskonale zdawała sobie sprawę z jego stosunku do wszelkiego rodzaju wydarzeń społecznych, jak również obaw związanych z dzieleniem się „swoim ogromnym talentem”, jak nazywała jego grę na gitarze. Zastanawiał się jednak, czy chodziło jej tylko o zemstę, czy może o coś więcej – pogodzenie się.  
Wtedy wściekłość nieco się zmniejszyła, choć wraz z uspokojeniem emocji powracający zdrowy rozsądek uświadomił mu, że nie ma co robić sobie złudnych nadziei. Najwyraźniej jego przyjaźń z Sofią nie była tak silna, jak mu się kiedyś wydawało. W końcu, gdyby miał rację, jej uczucia do niego nie zniszczyłyby łączącej ich od maleńkości relacji.
Uczuciem, które towarzyszyło mu cały czas, było za to zniechęcenie. Frank nie potrafił udawać, że idea uczestnictwa w musicalu mu odpowiada. Gdyby jeszcze zaproponowano mu udział w sekcji związanej ze śpiewaniem i grą… Ale nie! Jego zadaniem miało być zagranie Bernardo, w końcu komisja szukała kogoś na miejsce Albusa. To oznaczało godziny prób, konieczność wklepywania tekstu na pamięć i bardzo wątpliwą przyjemność.
Mimo to Abingale wziął się w garść i nauczył krótkiego monologu przesłanego w liście, a następnie stawił się na eliminacje. Zarówno Sofia, jak i Rose stanowiły dobre argumenty „za”. Frank wiedział jednak, że i tak by na nie poszedł; miał w sobie jakieś cholerne poczucie obowiązku, które nie pozwoliłoby mu zignorować prośby komisji. Przedstawiciele ministerstwa musieli być naprawdę zdesperowani, skoro sami zaczęli szukać zastępcy Albusa. Abingale nie chciał nawet wyobrażać sobie, jak tragicznie musieli zaprezentować się ci, którzy zgłosili się wcześniej sami.
Ku jego najszczerszemu zdziwieniu Eleonora Lestrange, jedyna osoba sprawdzająca jego umiejętności, nie doczekała nawet do końca występu, tylko przerwała mu w połowie i z wielkim entuzjazmem nakazała mu iść za sobą. Okazało się bowiem, że w tym samym czasie reszta komisji oraz aktorów odbywa próbę, na którą mieli dołączyć.
– Proszę wchodzić przodem, panie Abingale, i iść prosto na scenę – zakomunikowała Lestrange, kiedy znaleźli się tuż przed odpowiednią salą. – Nie mamy już nawet minuty więcej do stracenia.
Gdy tylko Frank otworzył drzwi i przekroczył próg pomieszczenia, odniósł wrażenie, jakby się aportował, tylko na szczęście bez żadnych sensacji żołądkowo-jelitowych. Pierwotnie jedna z opuszczonych sal lekcyjnych teraz przypominała teatr. A dokładniej dużą scenę oraz widownię składającą się z trzech rzędów bordowych krzeseł.
Panował istny chaos. Najbardziej rzucającą się w oczy osobą była Amanda Hamington, odziana w coś à la fioletowo-różowy kombinezon astronauty, która biegała w te i wewte po podeście, wymachując rękami i krzycząc w obcym języku. Frank był niemal pewny, że to rosyjski. Za nią znajdowali się Lily i Olivier, choć tylko ten drugi fizycznie stał na scenie przypominającą swoją scenerią osiedle z blokami mieszkalnymi posiadającymi schody pożarowe. Odtwórczyni roli Marii umieszczona była w wielkiej bańce mydlanej i unosiła się tuż pod sufitem. Pozostali uczniowie w większości siedzieli na krzesłach, jednak trzech czy czterech z nich stało po lewej stronie od podestu i zawzięcie kłócili się z Rupertem Berkleyem. Pomimo podniesionych głosów Frank nie potrafił rozróżnić ich słów nie tylko ze względu na piskliwe okrzyki Hamington, ale również głośno puszczonej z gramofonu melodii, której Ślizgon nie kojarzył i która prawdopodobnie pochodziła z oryginalnego musicalu.
Nagle za plecami chłopaka rozległ się potężny huk. Przerażony Frank podskoczył wysoko i odwrócił się, natomiast w pomieszczeniu natychmiast zapadła cisza. Nawet muzyka zamarła, prawdopodobnie dzięki zaklęciu.
– Co tu się dzieje?! – zawołała czerwona na twarzy Eleonora Lestrange, gromiąc zebranych wzrokiem i idąc dziarskim krokiem w kierunku sceny.
Abingale podążał za nią w milczeniu spojrzeniem, a następnie, wyrwawszy się z zamyślenia, zajął najbliższe wolne miejsce, tuż obok chudego jak tyczka Puchona ze swojego rocznika.
– Czy według was tak wygląda próba? – kontynuowała kobieta, kiedy znalazła się na podeście, a tym samym zmusiła swoją pracownicę do zaprzestania nerwowego spaceru. – Wystarczy, że zostawiam was na pół godziny po to, by zapełnić lukę w obsadzie, a wy już zamieniacie sztukę w rezerwat dla magicznych stworzeń?! Rupert, mów mi, co się tutaj wyprawia, i to już!
Pod wpływem mrożącego krew w żyłach spojrzenia wyprostowany zazwyczaj Berkley skurczył się w sobie. Poprawiwszy nerwowo granatową szatę, wykrztusił:
– Ćwiczyliśmy przed chwilą scenę, w której dziewczęta dyskutują o wyższości świata magicznego nad niemagicznym. Tę odnoszącą się w oryginale do fragmentu o Ameryce i Puerto Rico…
–  Chyba nie będziesz mi tłumaczyć mojego własnego pomysłu? – przerwała mu lodowato kobieta.
–  Oczywiście – zapewnił Berkley, nieco się jąkając. – W każdym razie…
–  Czemu aktorek nie ma na scenie, skoro ćwiczyliście to „przed chwilą”? – Lestrange wyraźnie oczekiwała konkretów.
– Bo nagle wybuchła kłótnia! – wtrąciła się Hamington niemal płaczliwym tonem, jednocześnie załamując ręce. – Nic z tego nie będzie, jeśli…
– Czy ktoś może mi to wytłumaczyć bez zbędnych emocji i w skróconej wersji? – zapytała Lestrange, przesuwając spojrzeniem po uczniach. Większość z nich spuściła głowy; nawet ci wciąż stojący, którzy przed chwilą sprzeczali się z Berkleyem, teraz wpatrywali się w podłogę.
Frank odnosił wrażenie, że pełna napięcia cisza trwała wieczność. Niespodziewanie została ona przerwana przez wydobywający się z góry, zniekształcony głos Lily Potter:
– Niektórym wciąż wyraźnie nie podoba się idea, żeby Sharksi pochodzili z mugolskich rodzin, a Jetsi od czarodziejów czystej krwi. Szczególnie jeśli mają o tym dyskutować w tej scenie, wbrew swoim poglądom. Pani Hamington, czy mogłaby pani…
– Dokładnie! – wybuchła nagle brunetka, którą Frank kojarzył z pokoju wspólnego Ślizgonów z głośnego zachowania i niewybrednego słownictwa. Chodziła do czwartej bądź piątej klasy. – Dlaczego mam nie tylko należeć do tej idiotycznej grupy szlam, ale jeszcze gadać, że mi to odpowiada?! Taaak, równość, taaak, tolerancja, ale czy my czasem nie przeginamy w drugą stronę? Dlaczego próbuje się nam wmówić, że czystokrwiści czarodzieje są gorsi, bo część z nich brała udział w ostatniej wojnie po stronie Sami-Wiecie-Kogo? Dlaczego jako społeczność mamy się ukrywać przed niemagicznymi, bo jest nas mniej? To kompletnie niedorzeczne…
–  Stop, Franklin – przerwała wzburzonej nastolatce Lestrange takim tonem, że ta natychmiast zamilkła, mimo że tym razem nie spuściła wzroku. – Nikogo teraz nie interesują twoje poglądy. Czy czyjekolwiek inne. Ustaliliśmy już dawno taką, a nie inną interpretację musicalu i koniec. Możemy wprowadzać niewielkie poprawki do poszczególnych scen, ale na pewno nie zmienimy głównego wątku. Jeśli komukolwiek to nie odpowiada, w tej chwili i bez słowa ma opuścić tę salę i nigdy tu nie wracać. Jeśli natomiast ktoś tutaj zostaje, nie porusza więcej tego tematu, bo efekt będzie dokładnie taki sam. Rozumiemy się?!
Nikt nawet się nie drgnął. Po chwili brunetka kiwnęła głową i wykrztusiła ciche „tak”.
–  Wspaniale! – Lestrange klasnęła raz w dłonie, uśmiechając się półgębkiem. – W takim razie, Amando, spuść pannę Potter na dół. Pierwszy fragment Marii i Tony’ego poćwiczymy następnym razem, teraz chętnie zobaczę występ rozwydrzonych panienek. Tylko spróbujcie mi pomylić tekst bądź nie zagrać przekonująco…! A potem rozegramy scenę z Bernardo zabierającym Marię od Tony’ego, pan Abingale jak najszybciej musi się wdrożyć w przedstawienie. Nikt z was nie wyjdzie nawet sekundy wcześniej przed zakończeniem próby, więc nawet mnie nie pytajcie.
Hamington machnęła różdżką w kierunku Lily. Bańka, w której znajdowała się dziewczyna, płynnym ruchem opadła na dół, a następnie zniknęła w złoto-zielonym świetle, bezpiecznie ustawiając Krukonkę na podłodze. Kobieta wraz z Olivierem zajęli miejsca siedzące, zaś na ich miejsce weszło pięć uczennic, w tym wykłócająca się przed chwilą brunetka oraz Alice Kingsley.
Rupert Berkley machnął kilka razy różdżką, dzięki czemu scena zamieniła się w ogromny taras zawieszony trzy metry nad podestem, a całe pomieszczenie pogrążyło się w półmroku. Dzięki czarom iluzji odnosiło się wrażenie, jakby dziewczyny otaczała przestrzeń charakterystyczna dla dużych miast. W tle widniały bowiem trójwymiarowe, miniaturowej wielkości szczyty drapaczy chmur, zaś na górze, w oddali, widać było gwiazdy i księżyc. Całość została dopełniona przez spokojną, cichą muzykę, której Frank nie tylko słuchał, ale wyczuwał całym ciałem; otaczała go jak powietrze. W tym też musiała tkwić magia.
Zrelaksowany oparł się wygodnie o krzesło i skupił na odgrywanej scenie. Musiał przyznać, że pomimo kłótni dziewczyny opanowały własne emocje i poradziły sobie naprawdę dobrze. Co prawda Abingale nie miał czasu, by zapoznać się z całym scenopisem, a tym samym wiedzieć lub przynajmniej domyślać się, jak powinien zostać zaprezentowany ten fragment, ale jako laik zdołał się wciągnąć. W przeciwieństwie do bańki, w której przed chwilą widział Lily, teraz nie zauważył ani nie odczuł nawet odrobiny kiczu; wręcz przeciwnie. Czuł się przyjemnie zaskoczony, a widok Potter jako nieco niezdecydowanej, lecz miłej Marii nieoczekiwanie do niej pasował.
Pani Eleonora miała jednak całkiem sporo uwag do aktorek, dlatego przez następne kilkanaście minut dziewczyny wielokrotnie musiały powtarzać dłuższe bądź krótsze kwestie czy przemieszczenia robiące niesamowite – głównie dzięki magii – wrażenie. Według Franka najciekawszym pomysłem było balansowanie po balustradzie przez Alice Kingsley, co najmniej dziesięć stóp nad podłogą. Pomimo niesłabnącego zainteresowania a odgrywaną sceną w pewnym momencie Ślizgon skupił się na powtarzaniu tekstu do sceny, w której lada chwilę miał zagrać. Dlatego też nie zauważył, gdy Lestrange postanowiła odpuścić niesubordynowanym aktorkom i dopiero mocny kuksaniec, który otrzymał od siedzącego obok Puchona, przywrócił go do rzeczywistości.
Abingale z przepraszającym uśmiechem udał się na podest, na którym znajdowali się już Lily i Olivier. Z bliska Potter wyglądała na zmęczoną, o czym świadczyły podkrążone oczy i lekko drżące ręce. Frank zdecydowanie jej nie zazdrościł; jak na razie nawet na chwilę nie zeszła ze sceny, a przecież musical pewnie był najmniejszym zmartwieniem Krukonki…
Rupert Berkley już podnosił różdżkę, pewnie po to, by po raz kolejny zmienić scenografię. Nie zdążył jednak rzucić żadnych czarów, gdyż drzwi otworzyły się z hukiem, a intruz od razu zwrócił na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych, krzycząc:
– Jak ci nie wstyd, ty ch… szumowino! Ty bydlaku!!!
Scorpius Malfoy, wpatrując się nienawistnie we Franka, nie tylko niesamowicie głośno wrzeszczał, ale również biegł tak szybko, że Abingale ledwo zarejestrował moment, w którym jego współlokator znalazł się przed nim i złapał go za górę szaty, mocno nim potrząsając.
– Chcesz go zabić?! A może „tylko” potorturować? Jesteś aż tak pojebany, żeby dowartościowywać się w taki sposób? Zawsze wiedziałem, że jesteś debilem, ale żeby aż tak?!?!?!
Frank nie był w stanie nic odpowiedzieć, ba, ledwo mógł próbować odepchnąć Malfoya, ponieważ ten ściskał jego szyję na tyle mocno, że Abingale’owi coraz bardziej brakowało powietrza.
Dlaczego nikt…?
W tym momencie poczuł, że ucisk ustaje, a jego płuca napełniają się życiodajnym powietrzem. Dopiero wziąwszy kilka głębokich oddechów, zarejestrował, że Scorpius leży kilka stóp dalej, a wściekle czerwona na twarzy Eleonora Lestrange trzyma w ręku różdżkę.
– Co. To. Ma. Być? – warknęła przez zaciśnięte zęby. – Kto niszczy moją próbę? KIM JESTEŚ?! – Ostatnie słowa kobieta wykrzyczała tak głośno, że Frank niemal ogłuchł. Nie spodziewał się po niej całkowitej utraty kontroli nad sobą, ale – cóż – nie spodziewał się również wielu innych rzeczy.
Na przykład tego, co przed chwilą zrobił Malfoy.
– Myślałeś, że ci się uda, co? – powiedział Scorpius, podnosząc się z ziemi i całkowicie ignorując Lestrange. – Że jesteś na tyle mądry, że nikt nie domyśli się, że to ty torturujesz Albusa?! Że możesz zdobyć sławę kosztem mojego najlepszego przyjacie… Co ty do cholery robisz, Potter?
– Dalej nie pójdziesz, Malfoy! – poinformowała go Lily, chowając za pazuchę różdżkę. – Nie rzuciłam na ciebie Petrificusa tylko dlatego, żebyś mógł się odzywać. O ile ci pozwolę – syknęła, widząc, że wściekły Malfoy już otwiera usta.
Zdziwiony Frank, wciąż oddychając zdecydowanie za szybko, przenosił spojrzenie to na niego, to na nią. Jednak głos ponownie zabrała Lestrange:
– Wszyscy wynocha, ale już! Zostaje tylko wasza trójka i ty, Rupercie! Tak, do pana też mówię, panie Janvier, proszę wyjść! – dodała, gdy zauważyła, że stojący w głębi sceny Olivier jako jedyny się nie poruszył.
Chłopak zawahał się chwilę, jakby kalkulując, czy warto się sprzeciwić, jednak – rzuciwszy zaniepokojone spojrzenie w stronę Lily – postanowił spełnić polecenie kobiety i niechętnie zszedł ze sceny.
– Jesteś Malfoy? – Lestrange najciszej i najspokojniej, jak w tej chwili potrafiła, zwróciła się do chłopaka mającego czelność zniszczyć jej próbę.
Scorpius, mocno zaciskając usta i wciąż patrząc z nienawiścią na Abingale’a, pokiwał głową. Na szczęście dla Franka mógł w tej chwili kontrolować jedynie mięśnie twarzy, a nie tułowia czy kończyn.
– Wygląd i charakter, wszystko się zgadza – powiedziała pod nosem, jakby do siebie, Eleonora, a chwilę potem głośniej i bardziej stanowczo dodała: – Nie interesuje mnie ani jedno wasze słowo, więc żadne z was się teraz nie odezwie. Nie pozwolę, aby ktokolwiek, powtarzam KTOKOLWIEK, przeszkadzał mi w doprowadzeniu tego przedstawienia do końca, nawet jeśli wokół będą krążyły tornada czy dementorzy! Idę po profesor McGonagall, której nie omieszkam powiedzieć, co uważam na temat niesubordynacji wśród uczniów, a wy czekacie na mnie tutaj! Jeśli któreś z was się odezwie albo poruszy, Rupert wszystko mi powie. Zrozumiano?!
Berkley pokiwał głową najbardziej ochoczo ze wszystkich zebranych, co Frank uznał za wyjątkowo służalcze. Ślizgon nie zamierzał jednak skupiać się na zachowaniach i wzajemnych relacjach pracowników ministerstwa. Miał na głowie o wiele większy problem. Musiał udowodnić swoją niewinność.
Jak mogłem nie pomyśleć, że moja zgoda na zastąpienie Albusa nie zostanie odebrana w taki sposób?, pomyślał, czując oblewający go od stóp do głów zimny pot.
Jedynie niespodziewanie ciepłe spojrzenie, które rzuciła mu znad ramienia Lily, nieco go uspokoiło.


***

Scorpius szaleje. Jestem bardzo ciekawa, co sądzicie o tej końcówce. I oczywiście o całym rozdziale; szczególnie że w końcu przedstawiłam przynajmniej częściowo próbę do musicalu. W następnym poście będzie trochę radośniej i bardziej luźno, choć oczywiście nie do końca: sprawa Albusa trwa i trwać będzie jeszcze dłuuugo. 
Czy po lekturze tej notki zmieniły się Wasze typy na temat sprawcy i/lub jego motywów? Dzielcie się przemyśleniami w komentarzach :).
Rozdział dedykuję wszystkim czytelnikom, dziękuję za Waszą obecność, która stanowi dla mnie największy motywacyjny kop do dalszego pisania.