niedziela, 12 listopada 2017

Streszczeniokomentarz

Link do pożegnania i podziękowania: tutaj.

Napisałam i opublikowałam dwadzieścia dziewięć rozdziałów „Niezależności”, w których opisałam wydarzenia na przebiegu czterech miesięcy – od września do grudnia. Planowałam zakończyć opowiadanie w sierpniu – z prostej matematyki wynika więc, że zostało mi do napisania dwa razy tyle co dotychczas, czyli dużo.
Dlaczego piszę „z prostej”? Ano dlatego, że a) wydarzenia wydarzeniom nierówne, b) staram się walczyć z tendencją do zbędnego rozwlekania się i dlatego na początku akcja prawie stała w miejscu, a dopiero potem przyspieszyła, c) prócz głównego opowiadania planowałam coś w rodzaju dodatku, który najpewniej miałby minimum piętnaście rozdziałów i poruszałby w dość dużym skrócie (czy raczej w przyspieszonym tempie) najważniejsze wydarzenia z życia bohaterów przez kilka następnych lat. Zdaję sobie sprawę, że to mało profesjonalne podejście, ale uznałam, że na blogu można. Gdyby tego nie było, większość wątków nie zostałaby rozwiązanych, a przynajmniej nie w takim zakresie, w jakim bym chciała. Tak jak mówiłam w notce informacyjnej – plan to podstawa, jeśli chce się dobrze napisać wielowątkową opowieść, a u mnie z pewnością tego zabrakło.
Długo zastanawiałam się, jak zabrać się za poniższy Streszczeniokomentarz. Postawić na chronologię czy wątki? Moje planowanie jest tak „dobre”, że nawet pisząc te słowa, wciąż nie podjęłam decyzji i stawiam na co najmniej częściowy spontan. Pragnę także zaznaczyć, że wiele rzeczy, o których za chwilę przeczytacie, uległoby zapewne mniejszym bądź większym zmianom. Chodziłoby jednak przede wszystkim o szczegóły, ponieważ główne wątki, jak również ich rozwiązania mam rozplanowane.
Spróbuję najpierw od chronologii, ponieważ mimo wszystko stałam się nieco bardziej uporządkowana i stworzyłam pisemny miniplan na kilka następnych rozdziałów. Skoro ten Streszczeniokomentarz jest w rzeczywistości jednym, wielkim spoilerem, to przedstawię tenże plan w wersji nienaruszonej, bez poprawiania choćby takich rzeczy jak podwójne znaki zapytania czy „sylwester” zapisany małą literą:

Rozdział 30
ANABELLE – święta (Scor?)
Potterowie/Weasleyowie à klątwa

Rozdział 31
Opowieść o Ginny
Rose – Malfoy vs Frank (Eve?)

Rozdział 32
Gadka-szmatka o „pocałunku” Lily i Oliviera – z dwa dni przed sylwestrem
Frank – nie ogarnia, o co chodzi Rose
Olivier i Lara – pocałunek (o świętach Lary!)
Helena – jej choroba i kwestia konkursu z transmutacji
Styczeń:
1.      Prawda na temat Matyldy??
2.      Podejrzenie Lary – że jest winna
3.      Akcja z różowymi stopami –> niemożność ukarania M.P.
4.      Klątwa pozostaje problemem
5.      Olivier i Lara parą, info na temat Lary à powoli odkrywać
6.      Frank i Lily zbliżają się do siebie
7.      Musical, H&H itd.

Tak, moi drodzy, mimo że niektóre punkty miniplanu są bardzo enigmatyczne, jedno z pewnością można wyczytać: to Matylda jest odpowiedzialna za stan Albusa. Nigdy nie chciałam nikogo tym zaskoczyć, prawdziwą zagwozdką miało być, co z tym zrobić. Niemniej mam niewielką nadzieję, że może właśnie przez oczywistość jej osoby w sposób przewrotny udało mi się zaskoczyć choć część z Was…? Dodatkowo wraz z upływem czasu, głównie dzięki Waszym komentarzom, postanowiłam, że Matylda nie będzie działała w pojedynkę. Nie chodzi mi jedynie o Paula Zabiniego, który faktycznie pomógł Pince wtedy, gdy Lily go śledziła, ale nawet nie wiedział w czym (biedak zauroczył się niewłaściwą osobą). Chodzi o znacznie poważniejszą sprawę obejmującą więcej osób.

Otóż w pewnym momencie doszłam do wniosku, że osobistą chęć zemsty Matyldy można połączyć z czymś większym, a mianowicie dążeniem części czarodziejów do tego, co chciał wprowadzić Voldemort, czyli, powiedzmy, reaktywacji śmierciożerców. Poglądy Pince, jak również jej przeszłość, idealnie się do tego wpasowywały. W założeniu do tej grupy na terenie szkoły miało należeć kilka, wciąż bliżej niesprecyzowanych osób, a dowodzić nimi miał(a) albo Rupert Berkley, albo Amanda Hamington – długo się wahałam, bo oboje wydawali się zaskakujący. Wygrał Berkley, ponieważ zachęcającym pomysłem wydawało mi się przedstawienie go jako wieloletniego przyjaciela rodziny Pince’ów, który nauczył Matyldę wielu różnych, czarnomagicznych zaklęć i sztuczek już za młodu. Ich dziwaczna relacja mogłaby wywołać w dziewczynie coś na kształt chorej fascynacji Rupertem, chęć zaimponowania mu we wszystkim, pragnienie zwrócenia na siebie jego uwagi za wszelką cenę. Przy okazji załatwiałoby to kwestię tego, skąd Matylda zna tak skomplikowaną czarną magię. Skąd znałby ją natomiast sam Berkley? Ano na pewno nie tylko z Wielkiej Brytanii, o czym potem.

Skupmy się na razie na przeszłości Pince. Otóż dość ogólnie zarysowany plan brzmi mniej tak: jej rodzice, jako byli śmierciożercy, zostali zamordowani przez Harry’ego niedługo po śmierci Voldemorta. Wychowywana przez dziadków Matylda przez całe dzieciństwo, a następnie młodość „pielęgnowała” nie tylko poglądy charakterystyczne dla czarodziejów czystej krwi w rodzaju Bellatrix Lestrange, ale również osobistą chęć zemsty na mordercy jej rodziców. Wykorzystała zainteresowanie Albusa, umiejętnie owijając go sobie wokół palca. Wszystko, co z nim robiła, było idealnie zaplanowaną grą. Tak jak podejrzewali bohaterowie, celu nie stanowił więc Albus sam w sobie. Matylda pragnęła zemścić się na całej rodzinie Potterów/Weasleyów, przede wszystkim na Harrym, a tak było najprościej. Idealnym pretekstem do rzucenia klątwy, nad którą pracowała od długiego czasu, okazał się upadek młodego Pottera z miotły podczas meczu i konieczność przebywania przez niego w Skrzydle Szpitalnym.

Zgodnie z moimi planami prawda na temat sprawcy wychodzi na jaw całkiem niedługo – w styczniu lub lutym. W międzyczasie, podczas świąt, pojawia się kilka tropów i poszlak dotyczących zarówno sprawy, jak i istoty samej klątwy. Dzięki podsłuchiwaniu przez Lily, dowiadujemy się, że Harry i aurorzy wiedzą całkiem sporo na temat składowych czaru, tylko nie chcieli o tym informować młodych z racji potęgi czarnej magii użytej przez Matyldę (o tym mówił, a raczej myślał Ted w ostatniej notce), również dlatego, że mogłoby być to niebezpieczne dla kolejnych członków rodziny, czyli Lily, Hugo i Rose, przebywających w Hogwarcie. Od razu pragnę zaznaczyć, że Pince nie udałoby się dopaść kolejnej osoby, więc możecie odetchnąć z ulgą.

Zanim dowiedzielibyście się o Matyldzie, rzuciłabym poważne podejrzenie na Larę. Doszłoby do tego, że nawet Olivier zacząłby wierzyć, że to Shirley jest winna. Wszystko ze względu na przeszłość dziewczyny, którą ta w końcu podzieliłaby się z Janvierem, co miałoby miejsce w styczniu – ale robiłaby to partiami, a nie na raz. Ważniejsze jednak od czasu są okoliczności. Otóż Lara zaczęłaby się na serio zwierzać Olivierowi wtedy, gdy stałoby się jasne, że ich relacja nie jest jedynie przyjacielska (taaak, wiem, że tutaj powinnam napisać o tajemnicy Lary, ale o tym też niedługo będzie… Wspominałam o spontanie, prawda? xD).

Nie wiem dokładnie, kiedy staliby się parą „na serio”, najpóźniej w lutym. Jedno jest pewne, ich pierwszy pocałunek miałby miejsce w imprezę noworoczną – jeden lub dwa dni przed kolejną kłótnią Lily i Oliviera (w dniu powrotu do szkoły po Świętach), która zaczęłaby się w raczej dość jednoznacznej sytuacji. Znów wpadliby na siebie przypadkiem; planowałam, żeby spotkali się w mało uczęszczanym w Hogwarcie miejscu, będącym „pomnikiem wdzięczności” wobec bohaterów Bitwy o Hogwart. Olivier czytałby tam sobie o Harrym i reszcie, a Lily akurat odwiedziłaby to miejsce, po długim czasie nieobecności związanej z tym, że, jak wiecie, długo udawała sama przed sobą, że własna rodzina, a szczególnie matka, kompletnie jej nie interesuje. W szczytowej fazie tejże kłótni wymiana zdań wyglądałaby mniej więcej w ten sposób (przerysowanie absolutnie celowe):

Olivier: Możesz okłamywać siebie tak długo, jak chcesz, ale dobrze wiem, że najchętniej byś się na mnie rzuciła tu i teraz.

Lily: Kompletnie oszalałeś, nigdy bym cię nie pocałowała, nawet jakbyś był jedynym chłopakiem na ziemi! Nienawidzę cię!

Olivier: Wiesz, co mówią o miłości i nienawiści…

Lily: Ciekawe, ciekawe. Mówią też, że głodnemu chleb na myśli. Muszę więc złamać twoje biedne, małe serduszko – nie masz u mnie żadnych szans.

Olivier: Sama myśl, że miałbym cię pocałować, powoduje u mnie dreszcze obrzydzenia, więc dobrze, że dajesz mi tę gwarancję.

Lily: W końcu powiedziałeś coś do rzeczy! Uniknę przynajmniej jednego traumatycznego przeżycia, bo nigdy z własnej woli cię nie pocałuję!

Olivier: Jasne… To czemu cały czas gapisz się na moje usta? Pewnie, że są piękne, ale nie aż tak. Mogę się założyć o pięćdziesiąt galeonów, że kiedyś nie wytrzymasz.

Lily: Ja mogę dać drugie tyle, że pewna część ciała, która steruje twoim życiem zamiast mózgu, nie wytrzyma i to ty będziesz się próbować do mnie dobrać, a wtedy załatwię cię tak, że własna matka cię nie pozna.

Olivier: No to mamy deal. Przygotuj się na porażkę życia.

Lily: Ty również <złowieszczy śmiech>.

Tak, dobrze czytacie – zaplanowałam taką kłótnię już dawno temu, ponieważ chciałam, aby w przyszłości sami do tego wracali i się z tego śmiali… Jak już trochę dorosną xD. 

W każdym razie wybiegłam nieco za bardzo w przyszłość, a wciąż nie opowiedziałam o wszystkim, co planowałam w święta. Skupmy się więc na tym, co miało stać się jasne i raczej zamknięte, a mianowicie kwestii „nienawiści” Lily wobec matki. W moim mniemaniu małżeństwo Ginny i Harry’ego od dawna nie było idealne, co nie oznaczało, że nie istniała pomiędzy nimi miłość. Ludzie często gubią się we własnych uczuciach, szczególnie przytłoczeni życiem doczesnym… Po kilku latach małżeństwa, gdy dzieci miały po kilka lat, coś zaczęło się między nimi psuć, zaczęli żyć bardziej obok siebie niż ze sobą. Wciąż nie jestem pewna, czy poruszałabym kwestię romansu Harry’ego, ale raczej nie, ponieważ nie o to chodzi. Żadne z nich nie musiało mieć romansu, żeby wierzyć w zdradę drugiej strony czy samemu czuć pokusę do zdrady. Chyba nie powiedziałabym wprost, że Harry zdradzał Ginny, zostawiłabym to do dowolnej interpretacji każdemu z Was. Kluczowa w tej sprawie jest sytuacja odwrotna.

Nienawiść Lily do rodzicielki bierze się z tego, że Krukonka jest pewna, że G. zdradzała swojego męża. Dlaczego? Planowałam napisać to w formie retrospekcji właśnie podczas świąt. Scena wyglądałaby mniej więcej tak: w wakacje między pierwszą a drugą klasą Lily wraz z rodziną jedzie na Mistrzostwa Świata w Quidditchu (chyba trochę to przesunęłam w stosunku do kanonu). Organizacja wygląda podobnie do tego, co opisała Rowling w IV części HP, a więc czarodzieje nocują na polu namiotowym. Ginny należy do Harpii z Holyhead, jest znanym na terenie UK graczem quidditcha, a dodatkowo żoną najznamienitszego brytyjskiego czarodzieja, tak więc znają ją wszyscy. Dziennikarze również. Jeden z nich o imieniu i nazwisku do dziś nieokreślonym, nazwijmy go więc roboczo X.Y., interesuje się Ginny od dłuższego czasu i to znacznie bardziej, niż można by to wytłumaczyć kwestiami zawodowymi. Jako bardzo dobry redaktor sportowy X.Y. jest obecny na mistrzostwach i oczywiście nie zaprzepaści nawet najmniejszej szansy do kontaktu z panią Potter. Jaki jest stosunek Ginny do niego? Tego nie miałam jeszcze sprecyzowanego i właściwie chyba nie napisałabym o tym wprost. Ważne jest to, że pewnego wieczoru Lily niechcący staje świadkiem dyskusji między tą dwójką, podczas której X.Y. praktycznie wyznaje Ginny miłość. Zdenerwowana pani Potter przenosi dyskusję do namiotu, będąc pewną, że jej rodzina jest gdzieś daleko (planowałam dla nich coś w stylu obserwowania ćwiczeń drużyn przed właściwymi rozgrywkami) i zdąży załatwić sprawę, nim wróci Harry z dziećmi. Nie ma pojęcia, że córka przyszła wcześniej i usłyszała, co usłyszała. Nie ma o tym pojęcia przez te wszystkie lata, które minęły między opisywanym wydarzeniem a właściwą akcją. Nie jest świadoma, z jakiego powodu Lily zaczęła traktować ją tak oschle, i niestety nie potrafi tego zmienić.

W moim mniemaniu Giny kocha swoje dzieci, ale niestety nie umie z nimi rozmawiać. Szczególnie gdy te wchodzą w okres dojrzewania. Dodatkowo Potter, podobnie jak James i Albus, uwielbia Harry’ego, a już na pewno uwielbiała go jako dziecko, i zupełnie nieświadomie potrafi go znacznie łatwiej przed sobą usprawiedliwić niż matkę. Nawet jeśli, już jako nastolatka, uważa go za, łagodnie mówiąc, mało zaradnego życiowo. Lily nigdy nie powiedziała nikomu o tym, co widziała i co podejrzewała na mistrzostwach, nie próbowała dochodzić do tego, czy matka faktycznie zdradza ojca. Po prostu przestała jej ufać, a zaczęła oskarżać. Zgodnie z moim planem Ginny nie miała romansu z tym dziennikarzem ani z nikim innym. Co z przelotnymi zbliżeniami z mężczyznami? Tego nie określiłam ostatecznie, ale – jak mówiłam – nie ma to właściwie znaczenia. Generalnie chodzi o to, że to wydarzenie i jego własna interpretacja wpłynęły na Lily tak mocno, że stały się kolejnym czynnikiem powodującym wybudowanie wokół siebie skorupy „niezależnej” nastolatki, z którą każdy powinien się liczyć, a która innych ma za nic i ich nie potrzebuje. Taaak, moja główna bohaterka jest naprawdę świetna w okłamywaniu samej siebie.

W rodzinie Janviera również pojawia się wątek zdrady małżeńskiej, tutaj już ewidentnej i przez nikogo skrywanej. Właściwie można by powiedzieć, że romanse Janviera są bardziej… szczere, bo w końcu pewne, niż rzekome znajomości Ginny. Tymczasem to Olivier nienawidzi kłamstwa, a Lily w niedopowiedzeniach i ukrywaniu emocji oraz prawdy przed samą sobą znalazła sposób na ucieczkę, „ukojenie”. Cóż, ludzie w różny sposób reagują na różne rzeczy i na różne sposoby próbują sobie radzić. Nienawiść Oliviera do kłamstwa nie bierze się tylko z nienawiści do ojca, który bez wątpienia udaje perfekcyjnego przed wszystkimi, ale również ze swojej pierwszej miłości czy raczej zafascynowania. Tak, moi drodzy, chodzi o Amélie, pierwszą dziewczynę Oliviera. Mówiąc w skrócie, Janvier latał za nią od pierwszej klasy na zasadach podobnych do tego, jak James P. uganiał się za Lily E. Potem, w trzeciej albo czwartej klasie, zaczęli ze sobą chodzić, a koniec końców Amélie go rzuciła i wybrała Martina, odwiecznego wroga nie tylko samego Janviera, ale i jego przyjaciół. Tym sposobem odwieczny wróg stał się jeszcze większym odwiecznym wrogiem i gdy Olivier dowiedział się, że M. bierze udział w konkursie musicalowym, zgłosił się do przestawienia hogwarckiego mimo małego zainteresowania samym graniem. Kwestia honoru, rozumiecie. Ponadto teraz już wiecie, czemu imię hipogryfka wywołało taką, a nie inną reakcję.

„Wielka miłość” Oliviera do Amélie właściwie minęła szybko, jeszcze przed przeprowadzką do Anglii. Została w nim za to pewnego rodzaju zadra i pragnienie nawiązywania niezobowiązujących relacji z przedstawicielkami płci przeciwnej. Doszedł do wniosku, że brak zaangażowania z dwóch stron oznacza dobrą zabawę, za to zero trosk i uniemożliwienie zostania oszukanym po raz kolejnym. Olivier najbardziej ze wszystkiego nienawidzi kłamstwa i obłudy, choć oczywiście jak każdy nie jest od nich wolny i sam by się o tym niedługo boleśnie przekonał. Podobnie jak powoli przekonuje się, że pewne założenia nie zawsze się sprawdzają. W końcu, tak jak wspominałam, już od stycznia/lutego zacznie chodzić z Larą wcale nie z zamierzeniem „zabawienia się”. Jednak co będzie dalej…? Oto zagadka.

Jak już jestem przy francuskiej części naszych bohaterów, powinnam wspomnieć o Anabelle, która została w Beuxbatons znacznie bardziej zraniona niż Olivier. Z różnych powodów – jest bardziej wrażliwa i starsza, szczerze zakochała się w swoim pierwszym chłopaku, a ponadto wierzyła, że swoich przyjaciół może określić właśnie takim mianem. Problem polega na tym, że teraz nie pamiętam dokładnie, jak chciałam to przedstawić, ponieważ retrospekcja o tym wszystkim pojawiałaby się jakoś w maju. Generalnie chodziło o to, że Anabelle nakryła najlepszą przyjaciółkę i swojego chłopaka w absolutnie jednoznacznej sytuacji, ale nie straciła przez to tylko ich, ale również najlepszego przyjaciela, który był chłopakiem tejże przyjaciółki i wolał wierzyć w kłamstwa swojej dziewczyny, jak również resztę znajomych. Dlatego właśnie mimo otwartej i optymistycznej natury Janvier nie chciała za szybko angażować się w kolejny związek, jak również nie nawiązała wielu bliższych znajomości w Hogwarcie tak, jak zrobiłaby to jeszcze rok wcześniej.

Nie zamierzałam co prawda ranić jej po raz kolejny równie okropną zdradą ze strony Scorpiusa, ale czy ich związek miałby szansę przetrwać? Przez pewien czas na pewno, choć Malfoy odwalałaby różne akcje, zanim Albus by się obudził. Właściwie ciągnęłoby się to całkiem długo, a potem… Potem, w którymś momencie dodatku, kilka lat po szkole, Anabelle zakochałaby się w znacznie starszym od siebie mężczyźnie i odeszłaby do niego, a Scor zostałby sam i żałowałby kolejnego, nieudanego związku. Chyba nie połączyłabym go z kolejną kobietą aż do epilogu dodatku. Kurde, mam coś z niechęcią do Malfoyów, której zwalczyć nie potrafię. Niemniej w moim mniemaniu Scorowi bardziej zależało na Rose niż Anabelle, choć nie kochał żadnej z nich. To ktoś inny pokochał Rose na dobre i na złe i podejrzewam, że wiecie, o kim mówię 😉.

Chcę skończyć z retrospekcjami, przejdźmy więc do Jamesa i Camille, która, tak przy okazji, stanie się prawdziwą przyjaciółką Anabelle. Otóż, jak pewnie się domyślacie, ich związek rozpadł się głównie z winy Pottera. Nie zdradził jej z inną, po prostu nie traktował tak, jak ona by tego oczekiwała. Nawet „aktualny” James nie należy do dojrzałych osobników, a wierzcie mi, wcześniej było znacznie gorzej (próbkę mieliście okazję przeczytać). Camille przelała wiele łez, gdy J. po raz kolejny łamał dane jej obietnice, imprezując, robiąc kawały, szlajając się po Zakazanym Lesie, pijąc, jednym słowem – bawiąc się, zapominając o niej i nie widząc w tym niczego złego. Jednocześnie chciałabym zaznaczyć, że nie robił tego celowo. Gdy Roulier go rzuciła, początkowo nie czuł się źle, wręcz przeciwnie, odczuwał jakiegoś rodzaju ulgę, że nikt mu nie będzie już „pieprzył za uszami”. Dopiero potem zaczął sobie uświadamiać jej brak, to, że nie może już ot tak do niej podejść i pocałować, że Camille nie ma obok i że ona za żadne skarby nie chce z nim rozmawiać.

Gdy skończyła się szkoła, a James dostał się na kurs aurorski (jak możecie się spodziewać, to nie jest głupi chłopak, choć w jakimś sensie za takiego pragnął uchodzić), zaczął dostrzegać również inne aspekty życia, których wcześniej nie dostrzegał. Generalnie sprawa z nim wygląda trochę tak jak z Jamesem seniorem i Syriuszem. A później wydarzył się wypadek Albusa, wobec którego podobnie jak reszta długo pozostawał bezsilny, i to też go zmieniło. Moim planem było połączenie Camille i Jamesa ponownie, za jakiś czas, w o wiele dojrzalszej i trwalszej relacji. Relacji, która zakończyłaby się małżeństwem. Właściwie to w epilogu do dodatku, kończącym całą „Niezależność”, opisałabym ich ślub oraz wesele, ale o szczegółach przeczytacie na samym końcu.

Zanim powrócę do sprawy Albusa, tajemnicy Lary i zawirowań miłosnych większości bohaterów, napiszę trochę o Helenie i Hugonie. Shirley nigdy nie stałaby się ponownie przyjaciółką Lily, pomimo że zaczęłyby się dogadywać, ponieważ w prawdziwym życiu wielu rzeczy nie da się przeskoczyć i wyszłoby sztucznie, gdyby wszystko w opowiadaniu układało się perfekcyjnie. Niemniej dzięki zmianie spostrzegania świata przez pannę Potter oraz ze względu na Hugona i współpracę w konkursie z transmutacji dziewczyny dogadywałyby się na zadawalającym poziomie. Wspomnę jeszcze, że miałam pewien problem, jak pociągnąć ten nieszczęsny konkurs (za dużo tych wątków, no! Nauczka na przyszłość), przez chwilę chciałam je zdyskwalifikować ze względu na to, że Helena nie mogła brać udziału w przygotowaniach, ale chyba jednak bym tego nie zrobiła. Pokazałabym za to, że Lily wykonała masę roboty, żeby utrzymać je obie w konkursie, a następnie, że musiały razem współpracować, ponieważ każda z nich posiada inne cechy charakteru, dzięki którym są lepsze w różnych zaklęciach (wspominałam o tym wcześniej ogródkami, np. pisząc, że Potter nie potrafi zaczarować swojego aparatu fotograficznego tak, jakby pragnęła, ponieważ chce robić fotografie kompromitujące innych itd.). Koniec końców na pewno by nie wygrały, ale przeszłyby do kolejnego etapu, a aparat Lily otrzymałby pożądane przez nią ulepszenia 😉.

Jak natomiast wyglądałby związek Heleny i Hugona? Tak jak wielokrotnie dawałam Wam do zrozumienia, to jedyna para spośród głównych bohaterów, która pozostałaby absolutnie nienaruszalna przez osoby trzecie. Nie zamierzałam zmieniać ich charakterów, tak więc zawsze pozostawaliby w jakimś stopniu nieśmiali czy w przypadku Hugona skłonni do różnego rodzaju wpadek, ale połączyłoby ich trwałe, dojrzałe i piękne uczucie. Helena wyzdrowiałaby z białaczki pod koniec Hogwartu, a niedługo po zakończeniu nauki wyszłaby za Weasleya za mąż. Jeśli chodzi o ich ścieżki zawodowe, dla Hugona planowałam pracę w Ministerstwie Magii, z wcześniejszą koniecznością odbycia jakichś kursów/studiów, bądź coś związanego z zielarstwem. Natomiast jego partnerkę oczami wyobraźni widziałam jako nauczycielkę, najlepiej transmutacji.
Wszystko brzmi zbyt łatwo i radośnie, prawda? Tak więc pora na bombę.
Helena nigdy nie skończy studiów i nie rozpocznie pracy w Hogwarcie, ponieważ – przykro mi to mówić – wcześniej umrze. Początkowo przyczyną miał być nawrót białaczki, ale później wpadłam na coś innego. Smith-Weasley pożegna się z życiem we własnym domu kilka(naście) dni po porodzie z powodu niespodziewanego, silnego krwotoku. Niemagiczność tej śmierci jest absolutnie celowa, podobnie, niestety, jak pewna ironia związana z tym, że Helenie udało się wcześniej pokonać białaczkę, a i tak…
Po powrocie Hugona z pracy tego feralnego dnia byłoby już zdecydowanie za późno na jakąkolwiek interwencję. Weasley załamałby się tak bardzo, że zapomniałby o własnym, kilku(nasto)dniowym dziecku, którego płci wciąż jednoznacznie nie ustaliłam, ale skłaniałam się ku dziewczynce. Znalazłaby ich po jednym dniu Lily (Olivier też byłby zaangażowany) i to ona przez jakiś czas samotnie wychowywałaby dziecko. Koniec końców Hugo przejąłby opiekę i okazałby się wspaniałym ojcem. Dzięki uświadomieniu sobie własnego ojcostwa i tego, że to dziecko jego ukochanej Heleny, udałoby mu się pozbierać. Do zakończenia opowiadania na pewno nie wszedłby w nowy związek (czyli przez jakieś dwa lata). Co stałoby się później, niech każdy dopowie sobie sam.
Tak, to teraz jako typowa masochistka powinnam przejść do opisywania konkretnych dram, żebyście mogli mnie dobić ostatecznie. Ale może najpierw napiszę o przyjaźniach, taki promyczek nadziei. Większość z nich pozostałaby nienaruszona. Olivier, Hugo i George, Olivier i francuscy przyjaciele (kwestia hipogryfka nawet dla mnie pozostaje wielką niewiadomą… To był zbyt spontaniczny pomysł, w każdym razie do Hogwartu na pewno udałoby się zwierzaka przerzucić, przy pomocy Anabelle, i przez jakiś czas Martinka – teraz już wiecie, na czym polega ironia tego imienia, odwieczny wróg itd. – stanowiłaby element humorystyczny wśród kolejnych życiowych katastrof moich biednych bohaterów), Albus i Scorpius (jak ten pierwszy się już obudzi, taaak, ten moment wbrew pozorom miał nadejść), Rose i Eve, Helena i Alex, Anabelle i Camille… Byłoby też więcej przyjaźni damsko-męskich, ale nie chcę o nich mówić w tej chwili. Rose i Anabelle zaczęłyby się dogadywać, ale nigdy by się nie zaprzyjaźniły, za duże różnice w spojrzeniu na życie.
Największą niespodzianką spośród wszystkich miała się okazać przyjaźń Lily i… Lary. Oczywiście nie doszłoby do tego za szybko, wręcz przeciwnie. To przyjaźń, która wyrosłaby z zimnej obojętności, niechęci oraz nienawiści, a dopiero potem powolnego dogadywania się związanego nie tylko z tym, że one naprawdę dobrze będą umiały się nawzajem zrozumieć, ale również z faktem, że w tym odpowiadaniu istnieje co najmniej dwóch mężczyzn, którzy są dla obu dziewczyn bardzo, bardzo ważni. Pierwszy, czyli Olivier, jest oczywisty. A drugi… No nie, jeszcze się nie dowiecie, choć pewnie część z Was już się domyśliła. Dodam jeszcze, że „przyjaźnie” Lily z jej paczką to, jak wszyscy są świadomi, pic na wodę fotomontaż, i tak naprawdę trudno je nazwać nawet dobrymi znajomościami. Najmocniejsza więź łączy Potter z Alice Kingsley, ale to wciąż nie to. Być może pozostałyby dobrymi koleżankami, nie przeczę.
Teraz natomiast przychodzi czas na wielki strumień myśli rozwiązujący najważniejsze kwestie. Co działoby się dalej z Albusem? Dlaczego Lara miałaby być podejrzewana o zbrodnię i co takiego skrywa? W jakim stanie i kiedy Albus się obudzi? Czy Matyldę dosięgnie sprawiedliwość i kiedy? Kto wygra konkurs musicalowy? Jak rozwiną się wątki miłosne? Kto zwiąże się ostatecznie z kim?
Cóż, powiem tak, Matylda z Albusem na pewno nie, co nie oznacza, że Potter nie będzie musiał być z nią związany jeszcze niemal dwa lata w bardzo specyficzny sposób.
A na serio, zacznijmy od tajemnicy Lary. W skrócie wygląda to tak: rodzice dziewczyny pracują dla brytyjskiego wywiadu magicznego i są swoistego rodzaju agentami. Stąd praktycznie nigdzie nie mieszkają na dłużej. Wielokrotnie musieli pracować w bardzo niebezpiecznych warunkach. Niestety byli zmuszeni zabierać wszędzie córkę, praktycznie od maleńkości, ponieważ dziadkowie z obu stron umarli przedwcześnie/zginęli z powodu wykonywania takiej samej pracy. Dla Shirley wojna, okrucieństwo, śmierć i czarna magia stanowiła codzienność, odkąd pamięta. W swoich planach wykorzystałam sytuację na Ukrainie, szczególnie sprzed kilku lat, i postanowiłam, aby to właśnie w tamtym kraju Larę dosięgnęła prawdziwa tragedia.
Dwa lata spędzone przez rodzinę Shirleyów na Ukrainie odbiło trwałe piętno na małej Larze. Z jednej strony ten pobyt stanowił dla niej piekło na ziemi, a z drugiej tylko tam dziewczynka poczuła coś na kształt ciepła rodzinnego. Poznała bardzo życzliwe staruszki, babuszki, które traktowały ją jako własną wnuczkę. Poznała również o kilka lat starszego chłopca o nieznanym mi wciąż imieniu (nazwijmy go A.B.), który stał się dla niej niczym przyszywany brat i który podobnie jak ona został zmuszony do widzenia i brania udziału w przedsięwzięciach, w których nikt w jego wieku nie powinien brać udziału. Z powodu bliżej niesprecyzowanego ciągu wydarzeń Lara trafiła w ręce rosyjskich czarodziei, którzy – doskonale świadomi tego, czyją jest córką – torturowali ją przez bardzo długi czas i w bardzo różny sposób. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób zaangażowany byłby w to wszystko A.B., pewnie byłby podwójnym agentem-dzieckiem i koniec końców uratowałby Larę, przepłacając to własnym życiem.
Jako okrutną pamiątkę po znęcaniu się Shirley „otrzymała” blizny, których nie da się w żaden sposób pozbyć i które ukrywa przed światem za pomocą czarów Iluzji. To głównie przez Ukrainę Puchonka zna zaklęcia, o których nie powinna mieć najmniejszego pojęcia. Widziała i przeżyła w swoim życiu wiele złego, przez co zupełnie nie ufa ludziom i tak bardzo od nich stroni… Olivier to pierwsza osoba, której udało się przebić przez jej ochronę, również dlatego, że przypomina jej A.B.
Lara w praktyce potrafi rzucić jedynie Czary Iluzji, ale w teorii i jako ofiara wie o czarnej magii całkiem sporo. Między innymi o Klątwach Zależności, Magii Kontroli i Magii Umysłowej, które zastosowała Matylda na Albusie. Magii, która według mojego zamysłu jest znacznie bardziej popularna na wschodzie Europy i stąd problemy brytyjskich aurorów w jej określeniu, a którą z jakiegoś powodu znał i mógł przekazać Pince Rupert Berkley. Nie wymyśliłam dokładnie jak, ale w jakiś sposób nie tylko Olivier, ale i inni dowiedzieliby się, że Shirley posiada tego typu wiedzę, zanim poznalibyśmy całą prawdę o jej przeszłości. Pewnie punktem wyjścia byłoby wyjawienie prawdy z „żartem” Lily, a więc faktu, że to Lara zniweczyła plany Potter na zniszczenie Oliviera. Niektórzy, w tym przede wszystkim Hugo, a może jeszcze Scorpius, uznaliby to za duży czynnik obciążający Shirley. Natomiast znajomość Czarów Iluzji jest równoznaczna z posiadaniem praktycznej wiedzy na temat czarnej magii, czy ktoś tego chce, czy nie. 
Osobą, która najdłużej wierzyłaby w niewinność Lary, byłby oczywiście Olivier, co wywołałoby niemal wojnę między nim a rodzinną Potterów-Weasleyów, ale w chwili największego napięcia wyszłoby na jaw, że Lara jest niewinna. Prawdopodobnie odbyłoby się to na zasadzie, że Shirley nieświadomie wyjawiłaby coś, co pomogłoby w określeniu składowych klątwy, a mianowicie sama wspomniałaby o tym, że tego typu magia pozostawia po sobie ślady zewnętrzne, choć czasem bardzo dyskretne, jak np. zmieniony kolor skóry na uszach, dłoniach i stopach… A w końcu Albus ma niezmiennie różowe stopy. Później „uniewinnienie” Puchonki potoczyłoby się praktycznie samo, a zakończyłoby się zapewne wyjawieniem wszystkich szczegółów na temat jej przeszłości i ostatecznym związaniem się jej z Olivierem. Shirley zostałaby również oficjalnie kolejną osobą zaangażowaną w czynną pomoc Albusowi, tym razem głównie walczącą o zachowanie przez Ślizgona własnego ja, gdy ten już się obudzi…
Pewnie zastanawiacie się, o co chodzi (a przynajmniej mam taką nadzieję)? Otóż głównym celem klątwy jest kontrolowanie przez Matyldę umysłu Albusa i zrobienia z jego mózgu kompletnej sieczki. W trakcie, gdy chłopak pozostaje nieprzytomny, w jego głowie toczy się nieustanna walka z obrazami podsuwanymi przez Pince. Celem Ślizgonki nigdy nie była śmierć Albusa, tylko wywołanie w nim niemożliwego do uleczenia szaleństwa, nawet gdy chłopak się obudzi, a raczej wtedy, gdy ona mu na to pozwoli. Matylda uważa, że w ten sposób zemsta będzie najsłodsza. Klątwę Zależności, na której istnienie wpadli bohaterowie, rzuciła tylko dlatego, by nikt nie mógł oddzielić jej od Pottera, a tym samym przerwać telepatycznego połączenia między nimi. Gdy tak się stanie, stan Ślizgona ulega dość szybko drastycznemu pogorszeniu, tak jak to było w momencie, gdy przeniesiono go do Szpitala Św. Munga. Podobnie miało też zdarzyć się podczas świąt, aczkolwiek nie w tak zaawansowanym stopniu jak wcześniej, wytłumaczyłabym to pewnego rodzaju „tolerancją” związaną z czasem trwania klątwy.
W każdym razie dorzucenie do czarów Klątwy Zależności było na tyle sprytne w swoim okrucieństwie, że przez to Matylda nie może zostać należycie ukarana, nawet gdy bohaterowie dojdą do tego, że to ona jest odpowiedzialna za stan Albusa. Dopóki Potter pozostaje nieprzytomny pod kontrolą Ślizgonki, nie mogą jej zabrać z Hogwartu. A sprawa z kontrolowaniem umysłu ma się tak, że im dłużej ofiara znajduje się pod wpływem sprawcy, tym dłużej musi trwać proces jej „uwalniania”. Nie można przerwać tej zależności ot tak, bo to skończyłoby się dla poszkodowanego jeszcze gorzej. Dlatego właśnie od momentu, gdy Matylda zostanie ostatecznie oskarżona, minie co najmniej kilka miesięcy, nim Albus się obudzi, a jeszcze więcej, nim dojdzie do siebie.
Podsumowując więc, aż do odzyskania przez Ślizgona przytomności, które planowałam na drugą połowę szóstej klasy Lily (czyli siódmej Pince), zarówno Matylda, jak i Albus musieliby pozostawać w Hogwarcie (podczas wakacji też, Pince znalazłaby się w rodzaju aresztu… szkolnego). W dniu pobudki Ślizgonka niemal bez zwłoki zostałaby przewieziona do Biura Aurorów w celu należytego ukarania. Berkley pewnie już byłby skazany, tego nie miałam jeszcze ustalonego. Natomiast Albus potrzebowałby dobrych kilku miesięcy, żeby zacząć jako tako współpracować, więc musiałby powtarzać siódmy rok wraz z rocznikiem Lily i to właśnie z nią skończyłby edukację szkolną. 
Wróćmy do głównej części opowiadania. W jaki sposób Matylda zostałaby zdemaskowana? Na pewno miałoby to związek z Paulem Zabinim i jego nieświadomym udziałem w przestępstwie. Przyznam szczerze, że nie ustaliłam sama ze sobą, co takiego ukrywał dla Pince w tym wąskim korytarzyku, shame on me. Dużą rolę w określaniu składowych samej klątwy prócz Biura Aurorów i Łamaczy Klątw (teraz już nie tylko brytyjskich, ale i wschodnioeuropejskich) odegrałaby Lara. Na Matyldzie nie można by użyć Veritaserum, ponieważ Aurorzy wiedzieliby, że Pince musi być w pełni sprawna „magicznie”, aby Albus miał szansę się obudzić, a ten eliksir mógłby negatywnie na nią wpływać. Takie działanie niepożądane wymyśliłam, aby wszystko jeszcze bardziej zagmatwać.
Jak już wspomniałam, Shirley, sama nie do końca świadoma dlaczego, zaangażowałaby się w proces „uwalania” Ślizgona spod wpływu Matyldy. Spędziłaby, podobnie jak jego rodzina i Scorpius, dobrych kilka miesięcy, odwiedzając Albusa w Skrzydle Szpitalnym. Stałoby się to dla niej równie stałym punktem w życiu jak chodzenie do kuchni szkolnej i pieczenie ciast. To powoli stawałoby się punktem zaczepienia nie tylko dla przyjaźni z Lily, ale również… miłości do Albusa. Mam ogromną nadzieję, że chociaż tym Was zaskoczyłam. Nie wiem, kiedy Lara uświadomiłaby sobie uczucie wobec Pottera. Może jeszcze w siódmej klasie, kiedy w końcu i on miałby szansę bliżej ją poznać, a może dopiero po ukończeniu szkoły, kiedy chodziliby na tę samą uczelnię i spotykaliby się jeśli nie na zajęciach, to na korytarzach, bibliotece czy na lunchach (i nie pytajcie mnie, co oni mieliby studiować, wciąż się wahałam, choć myślałam o uzdrowicielstwie, przynajmniej dla niej). Planowałam dla nich na tym etapie coś w rodzaju przyjaźni czy może raczej dobrego koleżeństwa, choć opartego na dość specyficznych zasadach związanych zarówno z ukrywanym przez Larę uczuciem, jak i tym, w jaki sposób Shirley pomogła Albusowi w dojściu do siebie, czego chłopak nie byłby do końca świadomy. Przynajmniej wtedy. Traktowałby ją wtedy jako dobrą koleżankę, a nawet przyjaciółkę, idealną do tego, by obżerać się z nią popcornem przy filmach w stylu Kac Vegas, udawać się na spontaniczne przejażdżki magicznymi motorami czy… o powiadać o swoich kolejnych podbojach miłosnych rozchichotanych studentek (miałby absolutną awersję do poważnych związków, którą sam by wypierał… Ogólnie miałby wiele awersji, pewnie do końca życia, bo Matylda robiła mu sieczkę z mózgu bardzo długo i nie wszystkim udałoby się wrócić do normalności). Shirley cierpiałaby w milczeniu dość długi czas, o tak, choć przynajmniej miałaby prawdziwych przyjaciół. Zarówno Lily, jak i Olivera. I to oni, a przede wszystkim zapewne Lily, doprowadziliby do tego, że Lara i Albus koniec końców by się zeszli. Podejrzewam, że zrobiłabym to na zasadzie nagadania do słuchu Potterowi przez Potter :D. Na końcu opowiadania, czy raczej dodatku, Lara byłaby szczęśliwą, ciężarną narzeczoną Albusa, a Matylda wciąż gniłaby w Azkabanie. Cieszcie się z tego zakończenia tego wątku, bo nie będę ukrywać, że miałam plany uśmiercić średniego Pottera, tylko jakoś tak to się… nie składało xD.
Wróćmy do teraźniejszości. Kiedy zakończyłby się związek Lary i Oliviera? Prawdopodobnie w maju w piątej klasie, na pewno przed finałem Konkursu Musicalowego. To Lara zakończyłaby tę relację, uświadamiając sobie, że między nią a Janvierem nie ma nawet zakochania, za to jest prawdziwa przyjaźń. Shirley, jako osoba zamknięta i zraniona tak bardzo już w dzieciństwie, w momencie otworzenia się na kogoś innego z łatwością pomyliła rodzaje bliskości. W jakimś sensie Olivier mógł się jej nawet podobać, bo niby dlaczego nie, ale to od początku nie miało być to, więc przepraszam wszystkich fanów Olary (mam nadzieję, że wizja Lalbusa Was nieco udobrucha… Jej, ale dziwnie brzmi nazwa tego shipu). Janvier zgodziłby się z nią właściwie szybko, to z czym innym miałby problem, a mianowicie z tym, że na tym etapie opowiadania Shirley dałaby mu do zrozumienia, że doskonale wie, iż Francuzowi podoba się Lily. Kłopot polegałby na tym, że on sam by tego nie wiedział i wypierałby to z wielkim zamiłowaniem.
Wspominałam coś o tym, że Olivier nienawidzi kłamstwa? Właśnie dlatego wściekałby się na wszystkich, którzy próbowaliby mu wmówić uczucie do Potter, będąc święcie przekonanym, że to oni się mylą. Jak można się łatwo domyślać, wmawialiby mu to praktycznie wszyscy bliscy i mieliby rację. Anabelle, Hugo, George, Helena… Jedynymi osobami, które nie dostrzegałyby prawdy, byliby oczywiście Lily i Olivier. Jako że niegdyś założyli się, że jedno nigdy nie pocałuje pierwsze drugiego, ten konflikt rozwiązałabym im w inny sposób – mianowicie Amanda-artystka wpadłaby na pomysł, że jako Maria i Tony koniecznie muszą się pocałować w trakcie musicalu. Nikt nikomu nie musiałby płacić ani 50 galeonów, ani drugiego tyle 😉. Swoją drogą, ten wymuszony pocałunek na ostatnich próbach czy finale musicalu nie naprawiłby nic w ich relacjach, pokłóciliby się tylko bardziej. Serio, zagadkę stulecia stanowiłoby to, dlaczego w powietrzu między nimi nie powstaje samoistnie ogień xD. A wszystko przez ich cholerny upór i absolutny brak chęci do „przegranej” i przyznania się jako pierwszy.
Żeby to wszystko jeszcze zagmatwać, w okresie między lutym a majem nie tylko Olivier byłby w związku. Również Lily w końcu zaczęłaby z kimś chodzić… Tak, nie będzie żadną niespodzianką, gdy powiem, że chodzi o Franka. Motywacja Lily brzmiałaby mniej więcej tak – Abingale wpadł jej w oko, odkąd spotkała go na korytarzu i potraktował ją jak dziecko, a następnie olał. Ich rozmowa nad jeziorem stałaby się początkiem dziwacznej relacji, która zamieniłaby się koniec końców coś w rodzaju pięknej przyjaźni, ale z pewnymi… dodatkami. Otóż Lily i Frank zaprzyjaźnialiby się w styczniu coraz bardziej, poznawaliby się stopniowo coraz lepiej. W jakimś sensie Abingale fascynowałby ją, mimo że doskonale wiedziałaby o jego nieszczęśliwym uczuciu wobec Rose. Z wzajemnością zresztą, Lily działałaby na Franka (chłopak lubi rude 😉).
Rozpoczęcie związku Olary podziałałoby na Potter niczym płachta na byka. Sama nie będąc do końca świadomą, co robi, po prostu rzuciłaby się na Franka w jakiejś komórce na miotły czy na błoniach, a on nie pozostałby jej dłużny (choć proszę sobie za dużo nie wyobrażać, na to przyjdzie jeszcze czas). Koniec końców oficjalnie zostaliby parą niedługo potem, choć omówiliby pewne… zasady tej relacji. Frank jako porządny chłopak (mam do niego słabość, nie powiem) dałby Lily jasno do zrozumienia, że, no cóż, nadal jest beznadziejnie zakochany w Rose. Krukonce by to specjalnie nie przeszkadzało, ponieważ chciałaby zemścić się na Olivierze, który dokuczałby jej, podobnie jak kiedyś/wciąż Amanda, że nikt nawet nie chciałby na nią spojrzeć na dłużej (tak, nie ma to jak być dorosłym nie-hipokrytą… Wiadomo, że do Oliviera też mam słabość, ale musi czasem zachować się jak totalny głupek, a nie tylko Potter wiecznie zła i niedobra), a przynajmniej tak by sobie wmawiała. 
Podsumowując, Lily i Frank zawarliby układ z założeniem, że i tak pozostaną przyjaciółmi nieważne, jak ten ich związek się potoczy. Cóż, jak wiadomo, trudno takie rzeczy planować… Bo widzicie, tak jak pomiędzy Larą a Olivierem nie było właściwie chemii, tak tutaj, między Lily a Frankiem chemia zdecydowanie jest i to dużo, nazwałabym to co najmniej zauroczeniem, a przez jakiś czas nawet czymś więcej, choć to dopiero w przyszłości. Jednak miłość, mniej lub bardziej szczęśliwa, miała od początku łączyć Lily i Oliviera oraz Rose i Franka, nawet jeśli Lily i Frankowi byłoby o wiele łatwiej być ze sobą – tak, już wiecie. Ale mam nadzieję, że doczytacie do końca, bo trochę dla nich wszystkich jeszcze zaplanowałam.
Związek Frily skończyłby się dopiero po rozpadnięciu się Olary i wcale nie bez żalu. Ale cóż, Abingale widziałby tak jak wszyscy, że Lily jest zakochana w Janvierze, i chciałby jej umożliwić to, czego sam nie mógł mieć. Szczerze mówiąc, nieco z własnej woli, ponieważ zrezygnował z walki o Rose, a okazji do tejże walki miał dużo. Potter myślałaby podobnie jak ja i pod koniec głównej części opowiadania, w okolicach finału musicalu, bardzo mocno naciskałaby na Franka, by zebrał dupę w troki i zaproponował Rose wyjście do Hogsmeade (szczególnie że, przypominam, Abingale i Weasley kończyliby właśnie Hogwart). No i wiecie co – Frank faktycznie zabrałaby się za siebie i próbowałby wprowadzić myśli w czyny, tylko ubiegłby go… C.D., Francuz i były chłopak Anabelle!!!
Otóż C.D. byłby uczniem Beuxbatons grającym jakąś pomniejszą rolę w Romeo i Julii na konkursie musicalowym, któremu nasza Weasley od razu wpadałby w oko. Facetem, który już w wieku siedemnastu czy osiemnastu lat, byłby perfekcyjnie wręcz grającym Casanovą. Rose dałaby mu się całkowicie omamić na ponad rok, pomimo przestróg Anabelle. Właściwie w którymś momencie nawet Janvier zaczęłaby wierzyć, że może jej były się zmienił, a potem wyszłyby na jaw jego zdrady wobec Rose i związek by się rozpadł. Po tym wydarzeniu Weasley, skupiłaby się głównie na karierze (możecie sobie wyobrazić, jak bardzo wyrzucałaby w opisach emocji swoją „głupotę”, ten typ tak ma), czyli studiach Prawa Magicznego, i powtarzałaby Eve nie raz, nie dwa, że nie ma zamiaru zawracać sobie głowy jakimkolwiek przedstawicielem płci brzydkiej oprócz ojca, Hugona i Albusa. Przez dłuższy czas nawet by jej się to udawało.
Wróćmy do Olily. Fabuła głównego opowiadania skończyłaby się w sierpniu między ich piątą a szóstą klasą, a więc pewnie domyślacie się, że przynajmniej ten wątek musiałabym zakończyć. Nie inaczej. Lily i Olivier z typowym dla siebie uporem nie zeszliby się w trakcie czy po konkursie musicalowym, który ekipa hogwarcka na 99% by wygrała. Niech już mają to zwycięstwo, nie będę się wiecznie znęcać, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że to dość przewidywalne (jak wiele innych kwestii). Tak więc z pewnością oboje by się cieszyli, ale wciąż z uporem maniaka tkwiliby w impasie. Mimo że na tym etapie chyba oboje powoli zdawaliby sobie sprawę, że to drugie CO NAJMNIEJ im się podoba. Przyjaciele mieliby ich po dziurki od nosa. Planowałam nawet jakieś szczere rozmowy między Lily a Olivierem, ale bez oczekiwanego rezultatu.
Zeszliby się dopiero w sierpniu, na ślubie Victoire i Teda po ponad miesięcznym braku kontaktu.  Lily nie miałaby pojęcia wcześniej, że Janvier tam będzie, właściwie on sam nie byłby przez długi czas tego świadomy. Jakoś planowałam wytłumaczyć obecność Janvierów na tym weselu, niewykluczone, że osobnicy w stylu Hugo maczaliby w tym swoje piegowate paluszki. Albo postawiłabym na rodziców. Na weselu V&T miałby pierwszy i niejedyny „niewymuszony” pocałunek między parą głównych bohaterów, a po nim chyba nawet by się nie pokłócili, tylko stwierdzili „no dobra, niechaj już będzie”. I tak skończyłaby się główna część opowiadania, ale z pewnością nie koniec dramy między Olily. Tak właściwie to dopiero początek.
Być może dlatego, że nie do końca szczere, związki Oliviera z Larą czy Lily z Frankiem było zarówno dla Janviera, jak i dla Potter łatwiej prowadzić. Wiedzieli podskórnie, że to nie jest na poważnie, i właściwie była pewnie w tym wszystkim większa szczerość. Natomiast co do Lily i Oliviera. Po pierwsze oni wciąż mają tylko szesnaście/siedemnaście lat. Po drugie nadal cechuje ich głupi upór i chęć rywalizacji. No i przede wszystkim po trzecie nie do końca wiedzą, czego pragną, a nawet jeśli – nie chcą się do końca obnażyć. Z tego wszystkiego wynika, że a i owszem, Olily miało istnieć w szóstej klasie, ale nie przez cały rok i z pewnością nie bez komplikacji. Pokazałabym między nimi dobre chwile, bardzo dobre wręcz, np. wspólnie spędzony Sylwester nad Lazurowym Wybrzeżem, ale pokazałabym i te gorsze. Ostatecznie zerwaliby ze sobą w dość widowiskowy sposób z powodu Amandy, która – wściekła jak nigdy – obrałaby sobie za punkt honoru zniszczenie ich relacji. Do końca nie wiem jak, ale Lily wierzyłaby, że Olivier ją zdradził, a Olivier, że zdradziła go Lily. Pewnie Amanda po prostu pocałowałaby Janviera na oczach Potter, w drugą stronę nie wiem. W każdym razie z pewnością by ze sobą tego nie przedyskutowali, tylko po prostu z dnia na dzień czy może raczej z sekundy na sekundę zaczęliby się ostentacyjnie ignorować i mówić innym, że nie ma o czym gadać. I nie gadaliby ze sobą, właściwie w ogóle.
Janvier przeżywałby to bardziej pod takim względem, że jednak nie ukrywałby sam przed sobą, że jest mu przykro, ale koniec końców jakoś by się odkochał, a przynajmniej tak by uważał. Za to Lily… No z Lily byłaby sprawa cięższa. Planowałam bowiem dla niej coś niezbyt przyjemnego. Z racji Oliviera, Amandy i wciąż złego stanu Albusa chciałam ją popchnąć w imprezy, z czym wiązałyby się również używki. Raczej nie samo Magiczne Ziele, które tak lubił swego czasu James, tylko coś mocniejszego. Jednym słowem trochę by Lily zaczęła szarżować, choć nie bardzo mocno. Potter byłaby bardzo dobra w udawaniu, że Olivier kompletnie jej nie interesuje. I być może Janvier wierzyłby w tę wersję wydarzeń, gdyby nie fakt, że pod koniec siódmej klasy na jednej z imprez Lily by pękła, zaczęłaby chyba nawet płakać i mówić rzeczy, których nie powiedziałaby mu w innych okolicznościach, a następnie przespaliby się ze sobą. A następnego dnia Potter… nie, nie udawałaby, że nie pamięta, pamiętałaby naprawdę. Powiedziałaby za to Olivierowi, że interesuje ją tylko taka forma znajomości jak poprzedniej nocy, bez zobowiązań, za co on by podziękował. I, no cóż, tak skończyłaby się ich edukacja w Hogwarcie.
Jako że jestem miłośniczką ironii, wymyśliłam, że Lily studiowałaby we Francji, a Olivier w Anglii. Potter poszłaby w dziennikarstwo i fotografię medyczną, a Janvier w aurorstwo albo łamanie klątw, w każdym razie coś związanego z obroną przed czarną magią. Niby nie utrzymywaliby ze sobą kontaktu, ale przez wspólnych znajomych wiedzieliby nawzajem o swoich losach i jakoś tak by wyszło, że Olivier przyjechałby na roczną wymianę na uniwersytet Lily, który chyba mieściłby się na Lazurowym Wybrzeżu. Zapewne miałoby to miejsce na drugim roku studiów. W tym okresie Lily przerzuciłaby się pewnie na mugolskie używki i z pewnością wciąż by imprezowała i miała luźny stosunek do chłopaków i związków. Byłaby jedną z najbardziej znanych dziewczyn na kampusie, cieszących się dużym zainteresowaniem i wchodzącą w niezobowiązujące relacje z tymi, którzy jej odpowiadają. Po swoim przyjedzie początkowo Olivier próbowałby trzymać się od niej z daleka – nie ostentacyjnie, jakby jej nie znał, bardziej na zasadzie „nie chcę się w to babrać po raz kolejny”. Ale cóż, coś ich by do siebie ciągnęło, jak zwykle, i planowałam, aby na tym etapie to Lily mniej lub bardziej świadomie starała się naprawić relacje między nimi. Tak więc koniec końców staliby się kimś w rodzaju dobrych znajomych, razem spędzających czas. A potem by nie wytrzymali i Oliver zgodziłby się na niezobowiązujący układ tak uwielbiany przez Potter. Tylko że ten trudny do określenia układ trwałby już do końca jego wymiany, a Lily przestałaby zadawać się w ten sposób z innymi chłopakami, choć ucinałaby jednocześnie każdą uwagę to sugerującą.
I wiecie co, nawet by rozmawiali. Dużo by rozmawiali, o swoich bliskich, o swoich pasjach, o sytuacji politycznej we Francji i Anglii, zarówno czarodziei, jak i mugoli, o swoich marzeniach, o problemach życia codziennego… Rozmawialiby zapewne więcej niż kiedykolwiek wcześniej, tylko ngdy nie o sobie i przyszłości ich związku, a Olivier – jeśli nie był tego świadomy wcześniej – teraz byłby już pewny, że ją kocha. I dlatego na tym etapie to on by się odsunął – ponieważ to ona jaki pierwsza, zupełnie szczerze, powiedziałaby, że dziękuje mu, iż do niczego jej nie zmusza, niczego nie przyspiesza i że to jej się bardzo podoba. I w tej chwili Lily naprawdę by tak uważała, a Janvier nie byłby w stanie tego ciągnąć na takich zasadach.
Więc powiedziałby jej, że nie może kontynuować tego… hm… związku. Ona obraziłaby się na niego śmiertelnie, a on wróciłby do Anglii na trzeci rok nauki. Potem ona także przyjechałaby na wyspy kontynuować studia w ojczystym kraju i, no cóż, związałaby się z Frankiem. To znaczy, najpierw po prostu by się do niego wprowadziła, jak do przyjaciela, z którym cały czas utrzymywała kontakt, ale tak jak mówiłam – między nimi zawsze była chemia. Abingale pozostawał w tej chwili wolny (jakieś dziewczyny by tam miewał wcześniej), ona też, a przestały ją interesować krótkie znajomości z kolegami ze studiów. I tak żyliby ze sobą jako friends with benefits. Nawet randkowaliby z innymi, ale nic by z tego nie wynikało. A potem przestaliby randkować, ponieważ Frank spotkałby Rose, prawdopodobnie zaczęliby razem pracować w ministerstwie, i podjąłby kolejną próbę przekonania jej do siebie. Tym razem wreszcie udaną. Lily w tym momencie nie miałaby żadnych pretensji, wręcz przeciwnie; cieszyłaby się mimo pewnego smutku.
W którymś momencie chyba wreszcie by dorosła, a raczej – spróbowałaby zacząć radzić sobie z problemami w sposób bardziej dojrzały niż ignorowanie ich/zajmowanie się czymś innym. Częściowo z pewnością dlatego, że mniej więcej w tamtym momencie opiekowałaby się dzieckiem załamanego po śmierci Heleny Hugona. Zrozumiałaby też, dlaczego Olivier jest na nią tak bardzo wściekły. Otóż po powrocie Lily do Anglii Janvier zebrał się na odwagę i wyznał jej miłość, a ona, no cóż, łagodnie mówiąc, spuściła go na bambus. A niedługo potem mieszkała u Franka. Następnym razem Olily zobaczyli się dopiero dzień po śmierci Heleny, w domu Hugona. Janvier potraktował Potter tak, jakby ta nie istniała, co mocno na nią wpłynęło. Dopiero od tego momentu Lily, zamiast uciekać, podjęła próbę zrozumienia własnych uczuć. No i cóż, zrozumiała, wyznała mu nawet miłość, tylko że Olivier nie chciał słuchać… I właściwie trudno się dziwić, bo Janvier doskonale wiedział, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej Potter mieszkała sobie radośnie z Frankiem, a ponadto… cóż, spójrzmy na całą ich przeszłość.
Tak więc Janvier zignorowałby Lily, a ta by się załamała, myśląc, że straciła szansę na miłość. Ktoś, pewnie Lara, uświadomiłby ją, że odtrącenie Janviera niekoniecznie oznacza braku jego uczucia, tylko raczej – dość zrozumiałą samoobronę i brak wiary w zapewnienia Lily o jej miłości do niego.
No i cóż, później by się zaczęło, bo we Francji część czarodziejów podobnych w poglądach do Voldemorta próbowałaby przejąć władzę w niezbyt pokojowy sposób, a rodzina Janviera – która z powrotem by się tam przeprowadziła – stanowiłaby jeden z ich głównych celów. Lily, pracując jako reporterka ds. Francji w brytyjskiej gazecie, znalazłaby się praktycznie w ogniu wydarzeń, i spędzałaby większość czasu we Francji, w przeciwieństwie do kończącego kurs aurorski Oliviera. Zupełnie niechcący Potter dowiedziałaby się o dość dokładnych szczegółach planowanego ataku na Janviera seniora i, sporo ryzykując, przekazałaby w magiczny sposób wiadomość Olivierowi, który początkowo chciałby ją zignorować, ale koniec końców otworzyłby ją i w konsekwencji uratował życie ojca, z którym wciąż nie miałby nawet poprawnych stosunków.
Wyczuwacie happy end? Wciąż nie, choć jest coraz bliżej. Janvier nie odezwałby się do Lily zbyt szybko, skupiony najpierw na ochronie rodziny (nie tylko ojca), a następnie kończąc kursy aurorskie. Lily spędzałaby ten czas głównie na Lazurowym Wybrzeżu, chodząc na klif, który Olivier pokazał jej w szóstej klasie podczas wspomnianego przeze mnie Sylwestra, i mając nadzieję, że kiedyś, w końcu, on tam przyjdzie. Powinnam wspomnieć, że nie pierwszy raz któreś z nich tam przychodziło. Ten klif był „ich” miejscem, tak go nazwali jeszcze podczas tej pierwszej wizyty i to tam obiecali się odnaleźć, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Olivier czekał na nią tam podczas studiów, nigdy się nie doczekał. Natomiast gdy przychodziła ona, jego nigdy nie było. Mijali się więc bardzo długo.
Ale w końcu, w ciepłą, lipcową noc, on przyszedł tam dokładnie wtedy, kiedy ona już tam była. Ile razy tworzyłam w głowie tę scenę, nie zliczę. Tak skończyłabym ostatni rozdział dodatku.
A później pojawiłby się epilog, w którym przedstawiłabym urywek z wesela Camille i Jamesa pewnie z rok później. Lily byłaby zaręczona z Olivierem, a dziennikarz X.Y., którego niegdyś podejrzewała o romans z matką (a z którą dogadywałaby się teraz całkiem dobrze), chciałby zebrać z nią wywiad. Nie jako córką Harry’ego, o nie, bardziej w charakterze bohaterki działającej przeciwko rebeliantom we Francji. Lily wspominałaby w myślach szmat swojego życia i pewnie wspomniałabym z grubsza o wszystkich najważniejszych postaciach.
A potem byłaby klamra kompozycyjna. Otóż pięcioletnia córka Teda i Victoire pokłóciłaby się z jakimś miłym równolatkiem o swoją ulubioną zabawkę, a rodzice musieliby niezwłocznie interweniować.
I, kurczę, aż mi się łezka kręci w oku, jak to piszę.