wtorek, 6 czerwca 2017

Rozdział dwudziesty siódmy: (Nie)ludzkie oczekiwania

Nie mogąc oderwać wzroku od treści najnowszego ogłoszenia wywieszonego przed Wielką Salą, Lara mocno zacisnęła ręce w pięści. Zdawała sobie sprawę, że była prawdopodobnie jedyną osobą w Hogwarcie, której nie podobała się jego treść. Wśród zgromadzonych uczniów słyszała głosy wyrażające pełen entuzjazm wobec pomysłu dyrekcji, tymczasem w jej umyśle co rusz pojawiało się pytanie, dlaczego ktoś taki jak Minerwa McGonagall chciałby się bawić w coś takiego. Wszyscy znali stosunek dyrektorki do niesubordynacji i łamania regulaminu, a Lara mogłaby dać sobie rękę uciąć, że podczas oficjalnie urządzanej imprezy sylwestrowej w Hogwarcie niejeden uczeń poczuje pokusę do „karygodnego zachowania”.
Głośne prychnięcie po prawej stronie Puchonki uświadomiło ją, że myliła się przynajmniej w jednym – nie tylko jej nie podobał się ten pomysł. Rose Weasley, wyprostowana jak struna i blada niczym śmierć, wpatrywała się w ogłoszenie tak intensywnie, jakby chciała spalić je wzrokiem. Jednak w przeciwieństwie do prefekt naczelnej Lara nie widziała problemu ani w regulaminie, ani w łamiących go uczniach; ba, zupełnie jej to nie interesowało. Ona pragnęła jedynie – albo aż – zaznać spokoju w niemal opustoszałym zamku, tak jak robiła to od trzeciej klasy podczas dwutygodniowej przerwy świąteczno-noworocznej.
– Cześć, wpisałaś się? – Usłyszała za sobą głos Oliviera i mimowolnie się uśmiechnęła, odwracając się do niego.
Korzystając z okienka, Lara umówiła się z nim wcześniej na poobiedni spacer po błoniach. Dlatego gotowała się właśnie w wełnianym swetrze założonym pod zimową, puchońską szatę.
– Tak – odparła lakonicznie. – Na obie listy.
– To źle? – zapytał, obdarzając ją uważnym spojrzeniem. – Nie tak chciałaś?
Shirley westchnęła głęboko. Janvier był dobrym obserwatorem, co w zależności od okoliczności uważała albo za jedną z jego najwspanialszych zalet, albo z najpoważniejszych wad.
– Tak, chciałam. Dopóki nie wiedziałam o tym, że w tym roku postanowiono na sylwestra urządzić coś więcej niż dziesięciominutowy pokaz magicznych fajerwerków i że większość uczniów wpisze się z tego powodu na listę noworoczną – odpowiedziała niechętnie, doskonale zdając sobie sprawę, jak kapryśnie brzmią jej słowa. Nie rozumiała natomiast, dlaczego w ogóle zwróciła na to uwagę.
–  Pomysł tej imprezy brzmi ciekawie – odparł ostrożnie Olivier, lecz w jego oczach Lara dostrzegła błysk entuzjazmu.
Nie po raz pierwszy to robił – traktował ją porcelanową lalkę – kiedy się z nią nie zgadzał. Ona zaś nie po raz pierwszy nie wiedziała, czy bardziej ją to denerwuje czy wzrusza. A przecież nie powinnam mieć tego typu dylematów. Nie powinnam pozwolić, aby w ogóle się pojawiły…! Znała życie lepiej niż jej rówieśnicy i choćby dlatego mogłaby od siebie oczekiwać więcej rozsądku oraz realizmu.
– Dla ciebie na pewno – odparła jak najbardziej neutralnym tonem, w duchu błagając, by nie drążył tematu.
– Chodź – powiedział tylko i pociągnął ją lekko za rękaw szaty, uwalniając z tłumu wciąż napływających uczniów.
Znazłszy się po chwili na pustych, przestronnych błoniach, Lara poczuła, że znów może oddychać. Jednak mina jej zrzedła, gdy tylko zerknęła na Oliviera wpatrującego się w nią z wyraźnym oczekiwaniem.
Zwalcza mnie moją własną bronią, pomyślała zdziwiona. Milczeniem.
– Wiesz, że nie lubię imprez – rzuciła krótko, ruszając w kierunku Zakazanego Lasu, a dokładniej ich kryjówki.
Zawsze tam chodzili.
– Bo są na nich ludzie.
– Tak. Upijający się do nieprzytomności, wrzeszczący ludzie – doprecyzowała, a on parsknął cicho w czerwony, gryfoński szalik owinięty szczelnie wokół jego szyi.
– To nie będzie zwykła impreza. Pięćsetlecie Ostatniego Spalenia Czarownicy Na Stosie nie może takie być.
– Pewnie pojawią się jakieś dodatki do upijających się do nieprzytomności, wrzeszczących ludzi, nie będę zaprzeczać – zironizowała Shirley. – A rocznica tego wydarzenia jest bez sensu. Kobiety palono na stosie jeszcze długo potem – dodała w naiwnej nadziei, że chłopak włączy się w dyskusję, porzucając poprzedni temat. Nadal nie potrafiła zrozumieć, kiedy i w jaki sposób stało się jasne, że uwielbia z nim dyskutować; przecież łączyło się to z koniecznością rozmowy.
– Według doniesień nie były to prawdziwe czarownice, tylko niesprawiedliwie oskarżane mugolki – odparł Olivier. – Zresztą czarownice, rzuciwszy odpowiedni czar, traktowały podpalanie jako przednią rozrywkę. To, że kilka z nich zginęło, pozostaje do dziś niewyjaśnioną tajemnicą. Tak przynajmniej powiedziała nam przy obiedzie Rose pomiędzy złorzeczeniami nad, cytuję, „kolejnym, tegorocznym dziwactwem”.
– A później przyszła z powrotem pod tablicę, mając nadzieję, że to jednak nieprawda? – zachichotała Lara, lecz szybko spoważniała i zatrzymała się, oskarżycielsko celując palcem w Oliviera: – Uważasz, że jak to były mugolki, to ich śmierć nie miała znaczenia?
– Oj, nie, wypraszam sobie, wspomniałem o niesprawiedliwości! – zawołał w odpowiedzi Gryfon, nie przestając się uśmiechać. Tego typu przekomarzania stały się od pewnego czasu standardem w ich rozmowach. – A skoro już o tym mowa, nie uważasz, że byłoby bardzo niesprawiedliwie, gdybym dał ci się wykręcić od odpowiedzi?
Shirley skrzywiła się i ponownie ruszyła z miejsca, wbijając wzrok w pokrytą szronem glebę, by nie musieć na niego patrzeć. Natarczywe spojrzenie jego wielkich, błękitnych oczu wcale nie ułatwiało dziewczynie skupienia się.
– Już ci powiedziałam – rzuciła szorstko, pragnąc za wszelką cenę uciąć dyskusję.
Nie odpowiedział; co więcej – nie czuła jego obecności obok siebie, jakby wcale nie zaczął za nią iść. Chcąc nie chcąc, odwróciła się. Stał dokładnie tam, gdzie go zostawiła, i patrzył na zamek.
Jakby mnie tu nie było.
Lara poczuła wyjątkowo nieprzyjemny ucisk w żołądku, a następnie, zupełnie poza kontrolą własnego umysłu, rzuciła:
– Chciałam trochę spokoju. No, może nieco więcej niż trochę, bo dwa tygodnie. A teraz, gdy prawie cała szkoła wróci na imprezę, mogę o tym tylko pomarzyć. Zastanawiam się wręcz, czy nie napisać do rodziców i nie pojechać do nich na sylwestra na Gibraltar…
Shirley urwała nagle przerażona. Nie krzyczała – nigdy nie krzyczała – ale mówiła głośniej i szybciej niż zwykle, a w dodatku zaczęła temat, przed którym tak zaciekle się dotychczas broniła. Nawet jeśli lubiłaby rozmawiać z kimkolwiek innym niż on, nigdy nie wybrałaby na temat konwersacji swojej rodziny.
Chyba powinnam wyrzucić ze słownika słowa nigdy i zawsze, uznała, patrząc ponuro na Oliviera, który w jednej chwili znalazł się naprzeciwko niej, ujął jej ręce w swoje i powiedział:
– Laro, nikt cię do niczego nie zmusi. Nawet jeśli zostaniesz w szkole na całą przerwę, to nie będziesz musiała iść na imprezę, skoro tego nie chcesz. Podejrzewam, że miejsca poza Wielką Salą będą wtedy zupełnie opustoszałe. No, może prócz kilku niezagospodarowanych klas. – Olivier uśmiechnął się półgębkiem, zaś na jego prawym policzku pojawił się niewielki dołeczek, od którego Puchonka nie mogła oderwać wzroku. – A ja będę z tobą, jeśli będziesz chciała.
Na te słowa Shirley poczuła dudniącą w uszach krew. Mięśnie jej nóg napięły się mocno, jakby gotowe do ucieczki, jednak nie potrafiła wyrwać się chłopakowi. I chyba nie chciała… Nie wiedziała, czego chciała. Ostatni raz pozostawała w pełnej gotowości – tak jak teraz – w czasie i miejscu, o którym usilnie pragnęła zapomnieć, a o którym i tak przypominała sobie za każdym razem, gdy musiała patrzeć na swoje niemal w całości pokryte bliznami ciało.
Codziennie dwa razy, rano i wieczorem, do końca życia.
– Lara? Laro, wszystko w porządku? – Usłyszała jak przez mgłę zaniepokojony głos Oliviera.
– Czyli przyjeżdżasz? – wypaliła Shirley, próbując uspokoić przyspieszony oddech.
– Tak, przyjeżdżam – odpowiedział, mocno ściskając dłonie Puchonki.
– Simon i Philippe będą wściekli – próbowała zażartować, ale głos się jej załamał.
– Zrozumieją – odparł jedynie, a ona uśmiechnęła się blado, kiwając głową.
Wiedziała, że to, o co błagała w myślach na początku tego spotkania, zostanie wysłuchane. Olivier nie będzie jej już o nic teraz dopytywał. Tylko dlaczego zamiast ulgi poczuła wyrzuty sumienia? I dlaczego… Dlaczego przez myśl przemknęło jej, że mogłaby mu powiedzieć o wszystkim…?
Zanim pozwoliła tej wizji na dobre się wykrystalizować, uwolniła jedną dłoń z jego, a drugą ręką pociągnęła go za sobą. Chciała jak najszybciej znaleźć się w kryjówce, by opowiedzieć mu o rodzicach.
Cokolwiek, byle nie za dużo.

Coś było nie tak.
Bardzo nie tak.
Nie czuję zmęczenia.
Na tę myśl Rose poderwała się z prędkością światła i niespokojnym wzrokiem rozejrzała się dookoła. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, niczego jej nie przypominało. Nie było ani dormitorium, ani sypialnią w domu. Najwyraźniej nadal śniła. To wyjaśniałoby, dlaczego nie czuła zmęczenia, w końcu w snach wszystko było możliwe.
Uspokoiwszy się tym wnioskiem, już miała ponownie położyć głowę na ramieniu, gdy jedno spojrzenie rzucone na kawałek blatu służącego jej dotychczas za podkład pod „poduszkę” dobitnie uświadomiło Rose, że to była rzeczywistość. Na stole leżało bowiem haniebnie pogniecione oraz ledwo rozpoczęte wypracowanie z eliksirów, które w trybie natychmiastowym i z nadzwyczaj skutecznym skutkiem przywróciło dziewczynie pamięć. Dzisiaj mijał ostateczny termin oddania prac profesorowi Crowly’emu, a ona jej nie napisała!
Spanikowana zerwała się z krzesła i zaczęła krążyć wokół ogromnego biurka – zawalonego przez nią przerażającą ilością podręczników, piór i pergaminów – o które poprosiła Pokój Życzeń poprzedniego dnia. A raczej nocą, w końcu wieczór spędziła jak zwykle na wertowaniu ksiąg w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy dla Albusa.
Sama myśl o kuzynie sprawiła, że jej biedne, umęczone serce zaczęło bić jeszcze mocniej i bardziej rozpaczliwie. W dodatku w bałaganie panującym na stole nie mogła dostrzec ani różdżki, ani zegarka, który dostała od ciotki Fleur…
– Merde! – wykrzyknęła piskliwie Rose, bezwiednie naśladując Anabelle i jednocześnie zrzucając na podłogę połowę przyniesionych z biblioteki materiałów. Ku własnej rozpaczy nie znalazła w ten sposób ani jednej z poszukiwanych rzeczy. A niestety, niewielkie strzępki intuicji, które jeszcze w niej pozostały, twierdziły, że jest spóźniona.
Cholernie i niewybaczalnie spóźniona.
Weasley zatrzymała się wpół kroku, obserwując drżące dłonie, nad którymi nie mogła zapanować. To, że czuła się wyspana, w niczym nie pomagało, wręcz przeciwnie. Ile musiałabym spać, żeby poczuć się wypoczęta? Pewnie cały, pieprzony dzień, a i wtedy byłoby mało. Więc skoro tak…
Jęknęła przeciągle, nie mając nawet siły, by strofować samą siebie za przekleństwa, które pojawiały się w jej umyśle. Nie było sensu niczego szukać. Brakowało na to czasu! Musiała stawić się chociaż na części lekcji, zachować jakiekolwiek pozory, a przede wszystkim nie łamać jeszcze większej ilości punktów szkolnego regulaminu niż dotychczas! Musiała odzyskać kontrolę, wyjść stąd, ponieważ inaczej mogłaby się poddać i…
Czując zdradzieckie łzy pod powiekami, Weasley zagryzła boleśnie wargi i jeszcze raz rzuciła spojrzenie na pobojowisko, które stworzyła. Pod stołem leżała wielka, brązowa torba, której wcześniej nie zauważyła. Dziewczyna ponownie jęknęła rozdzierająco i podbiegła do zguby, starając skupić się tylko i wyłącznie na działaniu.
Ze środka znaleziska wydobyła nie tylko różdżkę, za pomocą której kilkoma machnięciami usunęła swoje rzeczy ze stołu, ale i zegarek. Jego wskazówki układały się w dziwny sposób. Rose patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, nie będąc w stanie nawet mrugnąć, a potem, krzycząc znacznie gorsze przekleństwo niż francuskie „Merde”, wybiegła z Pokoju Życzeń, omal nie potykając się o własne nogi.
Dwunasta piętnaście. Cztery lekcje minęły, piąta właśnie trwa. I to eliksiry, na które nie zrobiłam pracy domowej! To wszystko brzmiało tak koszmarnie irracjonalnie, że aż uszczypnęła się w ramię, jednak ból, który poczuła, zniszczył jej ostatnie nadzieje.
Biegła coraz szybciej, nie zwracając najmniejszej uwagi na szczegóły otoczenia, za to polegając bezwarunkowo na siedmioletniej znajomości topografii zamku. Próbowała skupić się na takich słowach jak „prawo”, „lewo” czy „prosto”, ale łzy – złości czy smutku, nie miało to znaczenia – wciąż czaiły się w kącikach jej oczu, w każdej chwili gotowe do ataku. Podobnie jak myśli…
Naprawdę żałuję, że nie potrafię czasem wyłączyć myślenia. Podobnie jak tego, że wybrałam Pokój Życzeń! Jedyne miejsce w Hogwarcie, którego nie pokazuje ta cholerna Mapa Huncwotów ani do którego nie może wejść żadna inna osoba, chyba że zażyczy sobie takiego samego pomieszczenia co już w nim przebywająca. Pamiętam te słowa z Historii Hogwartu, w połowie strony po prawej kolumnie, pod jakimś obrazkiem. I po co mi to? Po co mi to wszystko wiedzieć, jak nie mogę nawet…
Myśl Rose urwała się w połowie, ale nie dlatego, że nareszcie udało jej się zapanować nad samą sobą, co ostatnio sprawiało dziewczynie coraz większą trudność, ale dlatego, że wpadła w coś niemal tak twardego jak ściana, ale ruchomego i, sądząc po towarzyszących zderzeniu pojękiwaniach, stuprocentowo żywego.
– Przepraszam! – pisnęła tak głośno, że sama aż się skrzywiła. Nie miała pojęcia, jakim cudem ani ona, ani jej ofiara nie upadły, ale potrzebowała dobrej minuty, aby pozbyć się mroczków przed oczami. Dopiero wtedy zdołała skupić wzrok na osobie, której omal nie stratowała.
Dobrze znanej jej osobie.
Frank Abingale pocierał szybko podbródek, który musiała zaatakować czubkiem głowy, i patrzył na nią uważnie. Weasley poczuła, jak adrenalina, która kierowała nią od chwili pobudki, znikła. A może raczej nie znikła, lecz zamieniła się w napięcie i ssanie w żołądku. Gryfonka nie miała pojęcia, co to mogło oznaczać, i chyba wolała nie wiedzieć, co samo przez się wyglądało na profanację.
Jak można nie chcieć wiedzieć?
– Rose, co się dzieje? – zapytał Ślizgon, łapiąc ją za ramiona. Podniesiony głos wskazywał na to, że jest wytrącony z równowagi, tak samo mocno jak fakt, że zwrócił się do niej po imieniu.
– Ni… nic ta…kie… go – wyjąkała, patrząc na usta chłopaka znajdujące się dokładnie na wysokości jej wzroku. Żołądek Weasley po raz kolejny dał o sobie znać, wydobywając z siebie głośne burknięcie, co uzmysłowiło dziewczynie bezsprzeczną prawdę. – Chyba jestem głodna.
Ale nie musiałam już tego mówić na głos, pomyślała zlękniona, spoglądając Frankowi w oczy. Dopiero teraz uspokoiła się na tyle, że prócz świadomości głodu dotarło do niej, jak karygodnie i nieprofesjonalnie się zachowywała. Opuszczenie lekcji i nieodrobienie po raz pierwszy w życiu pracy domowej było tylko początkiem jej dzisiejszej niesubordynacji!
Jak mogłam tak się mu pokazać? Komukolwiek pokazać?! Nieumyta, nieuczesana, we wczorajszych ciuchach? Jak mogłam nie wstać na lekcje? Zasnąć w PŻ?! NIE NAPISAĆ WYPRACOWANIA?! Co on o mnie pomyśli? Powinnam być wzorem! Jako prefekt naczelna powinnam…!
– Powinnaś to pójść coś zjeść – stwierdził łagodnie Frank, ściskając Rose za coraz mocniej napinające się ramiona.
Dopiero ten gest uświadomił dziewczynie, że Ślizgon wciąż jej nie puścił, i to spostrzeżenie uratowało ją przed ostatecznym wybuchem. Wywołało w niej również całkowicie zrozumiałe przerażenie, jak i irracjonalnie dziwaczną otuchę. Jak mogłam poczuć choć odrobinę spokoju, skoro zaczynam wypowiadać swoje myśli na głos, zupełnie tego nie kontrolując?!
– Nie, nie! Idę na eliksiry. I ty też powinieneś. Chwila, dlaczego ciebie tam nie ma? O co chodzi? – zapytała niemal typowym dla siebie, rzeczowym, lecz wciąż za wysokim tonem.
– Rose, eliksiry skończyły się pół godziny temu – poinformował ją Abingale. – Jest po trzynastej.
– Co? – jęknęła żałośnie, natychmiast patrząc na zegarek. Ewidentnie miał rację, a to ona wcześniej się pomyliła. Przetarła szybko oczy, ponownie czując narastającą panikę. Jeśli mylę się w takich rzeczach po przespaniu ponad dwunastu godzin, co to o mnie świadczy…? – Puść mnie, Frank – warknęła, uświadamiając sobie, że chłopak nie tylko tarasuje korytarz, ale wciąż dotyka jej ramion, o co przecież wcale go nie prosiła. – Daj mi przejść!
– Nie wydaje mi się, że powinnaś zostać sama – stwierdził, lecz posłusznie zabrał ręce.
Mimo to Rose nie ruszyła się z miejsca, jakby nagle jej własne nogi przestały słuchać rozumu. Być może wiązało się to z poważnym szwankowaniem tego drugiego. A być może chodziło o stanowczość czającą się w szarozielonych oczach Abingale’a.
Stanowczość, opanowanie i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.
– Jestem głodna – poinformowała go po raz kolejny i zachwiała się lekko, czując się nagle całkowicie wypruta z emocji.
– Wiem. Chodź, idziemy do kuchni – powiedział, łapiąc Rose za ramię, i odwracając się tak, by ruszyć z nią w kierunku schodów prowadzących na dół.
– Nie powinniśmy…
– Dziś jest Dzień Łamania Regulaminu, nie możesz z tym walczyć, taka zasada – powiedział Frank na tyle poważnym tonem, że Krukonka nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
– Jak zasada, to zasada, ich trzeba się trzymać – odparła, zamykając na chwilę oczy. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż znajdowali się akurat na schodach transportujących ich w okolice pokoju wspólnego Puchonów, a tym samym hogwarckiej kuchni. – Ale skrzaty mogą być zajęte, skoro i tak trwa teraz obiad! – wykrzyknęła, gdy sobie to uświadomiła.
– Rose, naprawdę? – Frank uniósł brwi, patrząc na nią z powątpiewaniem.
W odpowiedzi Weasley pokręciła tylko głową, poprawiając osuwające się ramię torby. Miała ochotę zrobić to samo z grzywką Abingale’a, niebezpiecznie zbliżającą się do jego prawego oka. Był jednym z nielicznych przedstawicieli płci męskiej, których znała, wyższych od niej prawie o głowę.
Na szczęście, zanim zdążyła zacząć analizowanie własnych, niezrozumiałych i kompletnie niefrasobliwych chęci, schody zaczęły zwalniać, aż ostatecznie zaparkowały. Siódmoklasiści weszli na korytarz prowadzący wprost do kuchni. Rose ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że od dobrych kilku minut nie odczuwała ani natłoku myśli, ani stresu, ani przerażenia.
To było… oczyszczające.
Gdy znaleźli się pod odpowiednim obrazem, Frank połaskotał gruszkę, otwierając tym samym przejście do hogwarckiej kuchni, i bez słowa przepuścił dziewczynę. Rose z zaciekawieniem weszła do środka, rozglądając się wokół. Ostatnio była tutaj z Albusem w trzeciej klasie, kiedy Scorpius był chory, a Potter wymyślił, że muszą przynieść mu kakao, by stanął na nogi. Weasley pamiętała, jak bardzo nie spodobał jej się ten pomysł, szczególnie że było wtedy po ciszy nocnej, ale pełne cichego błagania spojrzenie Malfoya sprawiło, że się ugięła. Czego później, złapana wraz z kuzynem przez profesora Greena, szczerze żałowała. Za nocną eskapadę dostała jeden z trzech szlabanów w szkolnej karierze, przez co nie odzywała się do chłopaków przez cały tydzień. Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że nauczyciel nie skonfiskował im kakao i Scor je dostał.
W późniejszych latach, a już szczególnie gdy zostali parą, Rose również zdarzało się łamać dla Malfoya regulamin, ale jej noga nigdy nie stanęła ponownie na terenie kuchni. Ani Scorpius, ani Albus nie dali rady przezwyciężyć uporu Krukonki. Za to teraz Weasley znalazła się w takim stanie, że dała się tutaj wprowadzić Frankowi bez prawie najmniejszych oporów. I w dodatku była zachwycona tym, co widziała.
Szkolne skrzaty uwijały się jak w ukropie. W ich pracy Rose bez trudu dojrzała porządek i perfekcjonizm, czego jej samej tak ostatnio brakowało i za czym niesamowicie tęskniła. Z zachwytem obserwowała, jak niewielkie stworzenia bez najmniejszych problemów współpracują ze sobą, by w ciągły sposób zapewnić uczniom i pracownikom szkoły każdy rodzaj przygotowanego przez nich posiłku.
Kilkanaście skrzatów stało przy kuchenkach i prodiżach, wymachując rękami i mamrocząc coś pod nosami. Wokół ich głów lewitowały przeróżne składniki niezbędne do przygotowania potraw; zarówno samo jedzenie, jak i narzędzia takie jak garnki, chochle czy noże. Kolejna grupa zajmowała się układaniem gotowych dań na półmiski i wazy, natomiast jeszcze inna znajdowała się przy stołach ustawionych dokładnie tak samo jak w Wielkiej Sali i umieszczała dania w tych miejscach, w których puste blaty zaczynały świecić się na czerwono. Pracą całego zespołu koordynowało kilkoro stworzeń wykrzykujących polecenia, co i gdzie jest w danej chwili potrzebne.
Zafascynowana Rose poczuła nagle, jak Frank ponownie dotyka jej ramienia. Drgnęła lekko i spojrzała w dół na skrzata, który nie pracował z innymi. Nie stanowiło to dla niej zaskoczenia, ponieważ z tego, co czytała kiedyś w Zwyczajach i Zasadach Hogwarckich, na porannych poradach stworzenia codziennie wybierały jedno, które zajmowało się danego dnia przyjmowaniem gości w kuchni w trakcie posiłków.
– Uszatek chciałby zapytać, czy panienka życzy sobie coś do jedzenia? – zaskrzeczał skrzat, strzygając uszami.
Rose, niemal pewna, że nie po raz pierwszy zadał jej to pytanie, zaczerwieniła się lekko i odparła:
– Tak, poproszę, Uszatku.
– Czego panienka sobie życzy? Migotka i Popiołek przygotowali dzisiaj swoją popisową pieczeń rzymską z kaczki. Uszatek może również zaproponować…
– Tak! – przerwała mu Rose, czując, jak cudowne zapachy coraz mocniej drażnią jej nozdrza i zwiększają ssanie w żołądku. – To znaczy, chętnie zjem tę pieczeń.
– A pan, proszę pana? – zwrócił się skrzat do Franka.
– Poproszę tylko to pyszne ciasto orzechowe – odparł chłopak, a na zdziwione spojrzenie Weasley odparł: – Jadłem już obiad.
Dziewczyna zmieszała się nieco na tę informację i bezwiednie zaczęła skubać rękaw swojej szaty. Już otwierała usta, by jakoś się do tego odnieść, gdy Uszatek ponownie się odezwał, wskazując na stojący najbliżej stół; jedyny, przy którym nie pracowały skrzaty i który nie miał odpowiednika w Wielkiej Sali:
– Proszę, niech państwo usiądą.
Rose natychmiast spełniła polecenie, a jej śladem poszedł Frank. Zajął miejsce naprzeciwko dziewczyny i wciąż nie spuszczał z niej spojrzenia. Weasley wbiła wzrok w swoje splecione dłonie. Mimo że siedziała twarzą do skrzatów, Abingale zasłonił widok na pomieszczenie i nie mogła już ich obserwować.
– Nie powiedziałaś, co się stało – przypomniał cicho.
Chciała mu powiedzieć, że to nie jego sprawa, ale gdy na niego spojrzała, głos uwiązł jej w gardle. Zainteresował się nią, przyprowadził tutaj; nie potrafiła mu dopiec. I podejrzewała, że w obecnym stanie nie miałaby sił tego zrobić, nawet jeśli naprawdę by tego pragnęła.
Ale z drugiej strony, czy chciała mu się zwierzyć? Dlaczego o to pytał? Nie przyjaźnili się, ba, właściwie niemal go nie znała. Owszem, oboje byli prefektami naczelnymi i chcąc nie chcąc, spędzali ze sobą sporo czasu. Owszem, często z nim rozmawiała, a raczej sprzeczała się, ponieważ uwielbiał wyprowadzać ją z równowagi.
Choć nie ostatnio. Ostatnio nie rozmawiała za dużo nawet z Eve.
Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze sytuacja z piątej klasy, kiedy Frank zaprosił ją na randkę, o czym zupełnie niespodziewanie sobie przypomniała. To był żart, Rose. Nie pamiętasz, jak cię wkurzyła jego buta?, upomniała samą siebie, a następnie, by nie pogrążyć się w dalszych rozmyślaniach, zarzuciła do tyłu rozpuszczone oraz z pewnością niesamowicie potargane włosy i zanim zdążyła się rozmyślić, odparła szczerze:
– Zaspałam. Zasnęłam w Pokoju Życzeń. Nawet nie chcę myśleć, co powiedział profesor Crowley.
– Nochal był zbyt zajęty karaniem rozgadanych Puchonek, by skupić na tobie większą uwagę. Green za to pytał, co się stało; Eve cię usprawiedliwiła, ale nie wiedziała, gdzie jesteś.
– No to jak mnie usprawiedliwiła?
Zaskoczony Frank zamrugał kilkakrotnie, a potem rozbawiony odparł:
– Nie jemu powiedziała, że nie wie, gdzie jesteś, Rose, tylko mnie.
– Tobie? To znaczy… Och. – Weasley poczuła, jak zdradziecka czerwień pali jej policzki. Na szczęście w tej samej chwili Uszatek przyniósł jedzenie, za co miała ochotę go uściskać.
– Życzę smacznego, proszę państwa – oznajmił skrzat, kłaniając się w pas, a następnie zniknął, nim zdążyli mu podziękować.
Przez chwilę jedli w milczeniu. Rose cudem powstrzymywała się przed odłożeniem sztućców i rozpoczęciem jedzenia za pomocą rąk, tak bardzo była głodna. Po skonsumowaniu mniej więcej połowy ogromnej porcji wreszcie dała radę oderwać spojrzenie od posiłku i zerknęła na wyraźnie rozbawionego Ślizgona.
– No co? – mruknęła. – Byłam głodna.
– Wiem, mówiłaś, a ja widziałem. – Frank spojrzał porozumiewawczo na talerz.
W pierwszym odruchu Weasley poczuła potrzebę sprostowania faktów, lecz machnęła na to ręką. W końcu miał rację, a ten dzień i tak był wystarczająco niecodzienny. Dlaczego więc nie pozwolić sobie na odpuszczenie? Jutro zajmie się wszystkim, jutro wszystko odprostuje, jutro będzie dawną sobą.
Ale dzisiaj jest dzisiaj.
Rose uśmiechnęła się szeroko i zawołała Uszatka, prosząc go o dwie kolejne porcje orzechowego ciasta i ignorując zdziwione spojrzenie Abingale’a. Poinformowała go za to, że prawie takie samo robi jej babcia Molly, co okazało się początkiem dyskusji na temat ulubionych potraw, która następnie objęła najlepsze wakacje, jakie przeżyli, a potem przeszła na rodzinne anegdotki.
A jako że ród Weasleyów był ogromny, Rose miała naprawdę dużo do opowiedzenia. Na tyle dużo, że jej rozmowę z Frankiem przerwała dopiero kilka godzin później zziajana Eve, której spojrzenie – gdyby mogło zabijać – spowodowałoby śmierć ich obojga.

– Anabelle, Anabelle, poczekaj! – krzyczała po francusku jasnowłosa, wysoka dziewczyna, biegnąc za swoją współlokatorką jednym ze szkolnych korytarzy. Nie zwracała najmniejszej uwagi na ciekawskie spojrzenia uczniów, których mijała.
Mimo to Janvier, szukając czegoś zawzięcie w swojej torbie, nie usłyszała Camille, która omal nie wpadła na nią z impetem. Dopiero w ten sposób Roulier zyskała zainteresowanie koleżanki, która spojrzała na nią podejrzliwie i zapytała:
– Co się stało?
– Rodzice się zgodzili! Pozwolili mi i Agnes przyjechać na sylwestra do szkoły!
– To super! – wykrzyknęła podekscytowana Anabelle, odrywając się od torby, i rzuciła się wyższej od niej Camille na szyję.
– Gorzej niż w przedszkolu. – Usłyszały czyjś komentarz, gdy skakały dookoła i piszczały głośno, lecz ledwo to zarejestrowały. Miały zbyt radosne wieści do świętowania.
– Musimy ogarnąć ci strój! – zawołała Anabelle, gdy uspokoiły się na tyle, że przestały tarasować przejście i ruszyły razem w kierunku pokoju wspólnego Puchonów na popołudniowy relaks. – Tylko kiedy?! Do rozpoczęcia przerwy świątecznej zostały niecałe dwa tygodnie, nie będzie już wyjść do Hogsmeade.
– Zawsze można się tam przemknąć. – Wzruszyła ramionami Camille, uśmiechając się porozumiewawczo, a Janvier poczuła ukłucie żalu, gdy przypomniała sobie swój pierwszy wypad do magicznej wioski. Szybko jednak wyrzuciła z myśli Scorpiusa, gdyż Roulier kontynuowała: – Albo mogę pójść na Pokątną po świętach. Agnes też będzie pewnie czegoś szukać.
– Musisz kupić sobie sukienkę o odcieniu butelkowej zieleni. Albo przynajmniej dodatki tego koloru, wspaniale podkreślą twoje oczy – trajkotała Janvier, znalazłszy się niespodziewanie w swoim żywiole. Uwielbiała doradzać innym w kwestii mody, choć miewała problemy z wybraniem stroju dla samej siebie; tym większe, im bardziej zależało jej na efekcie. – Najlepiej za kolana, może być lekko rozkloszowana. Włosy zepnę ci w koka. Albo nie, zrobię ci loki i część włosów puszczę, a część zepnę. Camille, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Janvier rzadko zwracała uwagę na to, czy rozmówca utrzymuje koncentrację na jej wypowiedziach, kiedy dostawała słowotoku, jednak z Roulier było inaczej. Ta dziewczyna mówiła niemal tyle samo co Anabelle, szczególnie na tematy, którymi się interesowała, dlatego często wypowiadały się w jednym momencie. A Camille uwielbiała imprezy i modę chyba jeszcze bardziej niż Francuzka…Coś było nie tak.
Wystarczyło tylko jedno spojrzenie dookoła, by Janvier odkryła powód milczenia współlokatorki. Mimo że – po doświadczeniach z Beuxbattons – obiecywała sobie nie nawiązywać bliższych znajomości w Hogwarcie, złamała to postanowienie co najmniej dwukrotnie. W żadnym przypadku nie żałowała, nawet jeśli jedna z tych relacji ostatnio przynosiła jej więcej zmartwień niż szczęścia. Po wypadku Albusa Scorpius kompletnie oszalał i nie dawało mu się w żaden sposób przemówić do rozumu; interesował się tylko i wyłącznie mało realnymi teoriami spiskowymi i wynajdywaniem kolejnych potencjalnych sprawców. Natomiast Camille stała się bezsprzecznie najbliższą koleżanką Francuzki w szkole; jeszcze niecały rok temu Anabelle bez namysłu nazwałaby ją kolejną przyjaciółką.
Dlatego Janvier dobrze wiedziała, że Roulier jest beznadziejnie zakochana w swoim byłym chłopaku, Jamesie Potterze, który w tym momencie opierał się o ścianę kilka jardów dalej i wpatrywał się w nią i Camille z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Pomimo bluzki i dość grubej szaty na prawym ramieniu Anabelle poczuła wbijające się boleśnie paznokcie zastygłej w przerażeniu współlokatorki.
Francuzka nie rozumiała do końca reakcji koleżanki – podobnie jak wszyscy uczniowie obie doskonale wiedziały, że James od wypadku Albusa regularnie odwiedza Hogwart. Faktem pozostawało jednak, że do tej pory Camille ani razu nie wpadła na chłopaka bezpośrednio. Anabelle była tego niemal pewna, ponieważ aż za dobrze pamiętała reakcję Roulier sprzed dwóch tygodni, kiedy ta zobaczyła Pottera w tłumie uczniów. I to nawet nie od przodu, a jedynie jego plecy. To właśnie tamtego dnia roztrzęsiona Belgijka opowiedziała jej ich historię, sprawiając, że Janvier nie potrafiła w tej chwili spojrzeć na Jamesa jak na nieznajomego, tylko z wyraźnym grymasem niezadowolenia na twarzy.
Ci Potterowie mają w sobie coś odpychającego. Może dlatego Albus… Anabelle potrząsnęła stanowczo głową, przerażona własnymi myślami. Przecież nikomu źle nie życzyła.
Biorąc się w garść, złapała drżącą dłoń Camille i ścisnęła ją mocno, pragnąc dodać dziewczynie otuchy. Ta rzuciła jej krótkie, pełne wdzięczności spojrzenie, lecz nadal wyglądała na niespokojną. Francuzka chciała zaproponować, by się odwróciły i poszły do dormitorium inną, dłuższą drogą, jednak w tym samym momencie Potter odbił się od ściany i powoli zaczął iść w ich kierunku.
Janvier wysunęła podbródek do przodu, nie spuszczając z chłopaka pełnego niemego wyzwania spojrzenia, natomiast Roulier wbiła wzrok we własne stopy.
– Cześć, Camille. Cześć…
– …Anabelle – powiedziała tak lodowatym tonem, że James zrobił aż krok do tyłu. Mogłaby dać sobie rękę uciąć, że widział, kim była, dlatego tym bardziej nie mogła poczuć do niego choć cienia sympatii.
– Tak – przytaknął zmieszany Potter, przerzucając wzrok na milczącą Camille. W jego spojrzeniu Anabelle dostrzegła coś miękkiego, przypominającego troskę, co według niej nic nie zmieniało. – Hm… Jak tam w szkole? Pewnie nie możecie się doczekać przerwy świątecznej?
– To, czego możemy się doczekać, a czego nie możemy, to nie twój rynek! Biznes, znaczy się – poprawiła się Anabelle szybko, a następnie, ciągnąc Roulier za rękę, zakomunikowała: – Idziemy, nie mamy na to czasu.
Camille nawet nie drgnęła. Ku zdziwieniu Janvier dziewczyna patrzyła na Jamesa, a na jej twarzy widniała cała gama emocji. Dokładnie tak samo wyglądał Potter. Zmieszana Francuzka zatrzymała się w pół kroku, nie wiedząc, co zrobić. Z jednej strony nie chciała, by koleżanka cierpiała jeszcze bardziej, z drugiej nie potrafiła jej ot tak odciągnąć. A przede wszystkim czuła się niezręcznie. Jak intruz. Intruz, który nie mógł zniknąć, ponieważ Camille trzymała ją za rękę tak mocno, że nie mogła tego zignorować.
– W szkole jest wspaniale – odezwała się szeptem Roulier, lecz jej słowa były słyszalne wyraźniej niż niejeden krzyk. – A przynajmniej było, dopóki nie zacząłeś się tutaj znowu pojawiać. Tak, teraz możemy iść, Anabelle.
– Ach… No… Jasne – wydukała Janvier z trudem. Po raz pierwszy dostrzegła wyraźne podobieństwo współlokatorki do jej młodszej siostry Agnes, Ślizgonki z krwi i kości.
Potter musiał znać tę twarz Camille, ponieważ jego oblicze nie wyrażało nawet odrobiny zaskoczenia, natomiast sporą ilość smutku. Tak jak Roulier, Anabelle postanowiła to zignorować.
Nie czekając na reakcję Jamesa, dziewczyny minęły go bez słowa i odeszły. Były Gryfon odwrócił się za nimi i patrzył na długie włosy Belgijki, dopóki obie nie zniknęły mu z pola widzenia. Wtedy westchnął przeciągle i wbił ręce w kieszenie.
Duma, którą poczuł wobec siebie, gdy odważył się podejść do Camille, wyparowała wraz z jej odejściem. Ale czego innego mógł się spodziewać? Nie miał prawa niczego od niej wymagać; nie po tym, jak ją potraktował.
I tak była dla niego wyrozumiała.
Przestępując z nogi na nogę, James bezwiednie targał nieuczesane włosy. Był spóźniony na spotkanie z Rose, lecz nie zamierzał się tym przejmować; wiedział, że kuzynka mu nagada, a dziesięć minut w tę czy w tamtą nic nie zmieni.
Zastanawiał się za to, dlaczego czuł się aż tak parszywie. Od początku wiedział, że postąpił wobec Camille nie w porządku, ale wtedy mu to nie przeszkadzało. Nie po raz pierwszy zachował się w taki sposób wobec płci przeciwnej. Wyrzuty sumienia narastały powoli, lecz nieubłaganie i ostatnio stawały się tak duże, że nie potrafił ich uciszyć. Być może wiązało się to z tym, że podczas trzech miesięcy na kursie aurorskim widział rzeczy, których wolałby nigdy nie zobaczyć, a być może chodziło o Albusa. Faktem pozostawało, że nie miał ani ochoty, ani czasu na chodzenie na imprezy, picie czy przelotne znajomości. Jego koledzy zgodnie stwierdzili, że musiał uderzyć się w głowę, co mu się nie spodobało.
Ostatnio w ogóle nie podobały mu się jakiekolwiek żarty z wypadków.
Stracił zainteresowanie wieloma rzeczami i czynnościami, ale nie nią. Jedno spojrzenie na Camille przywołało wszystkie związane z nią wspomnienia. Z nią i z nim. Z nimi. Widział ją już kilka dni temu, wśród tłumu uczniów kłębiących się w holu przed Wielką Salą, ale znikła tak szybko, że nawet nie zobaczył jej twarzy.
I już wtedy poczuł się źle.
Ale nie parszywie, jak teraz. Nie jak skończony dupek.
– Powinieneś z nią porozmawiać w cztery oczy.
Świetnie, teraz na dodatek słyszę głosy, jęknął w myślach, a następnie odwrócił się gwałtownie. Ku swojej ogromnej uldze jego oczom ukazała się średniego wzrostu blondynka o niebieskich oczach, która kogoś mu przypominała, jednak nie mógł sobie przypomnieć kogo.
– Hm… Może… Tak… Przepraszam, ale kim…?
– Helena Smith – odparła dziewczyna, uśmiechając się łagodnie. Nie wyglądała na urażoną, a bijący od niej spokój spowodował, że James odwzajemnił uśmiech.
– Jesteś dziewczyną Hugona.
– Tak. – Blade policzki Gryfonki zaczerwieniły się nieznacznie.
– Zawsze powtarzałem, że ten dzieciak jest w czepku urodzony. Już jako sześciolatek za każdym razem wygrywał zakłady dotyczące wyścigów na miotłach naszych starszych kuzynów.
– W czepku urodzony? – Helena zaśmiała się perliście. – Jestem pewna, że powiedziałby coś zupełnie innego.
– Taaa, pewnie o swoim wrodzonym o pechu – przytaknął James. – Co z tego, że potrafi się wywalić na prostej drodze, skoro za chwilę to właśnie on dostaje od babci Molly podwójną porcję budyniu czekoladowego? I to nie tylko dlatego, że jest jej ulubieńcem, ale dlatego, że tak wylosował. Zawsze mamy losy na budyń – uściślił, widząc zdziwione spojrzenie Heleny. – Jak spróbujesz, to zobaczysz dlaczego.
– Budyń babci jest rekompensatą za mojego pecha. Musi być jakakolwiek sprawiedliwość na tym świecie – oznajmił Hugo, który pojawił się obok nich niespodziewanie i od razu złapał Smith za rękę. – Choć w takim razie teraz pewnie nie wylosuję już nawet pojedynczej porcji.
Na te słowa Helena uśmiechnęła się, czerwieniąc się nieznacznie, natomiast James poczuł dziwną irytację. Dzieciaki, prychnął w myślach. I tak nie mam czasu tu stać!
– Idę do Rose – powiedział, patrząc w głąb korytarza. – Już się spóźniłem.
– Powodzenia – życzył mu Hugo, a Smith zachichotała pod nosem.
Odwrócony już James zatrzymał się na ten dźwięk w pół kroku. Nie po raz pierwszy słyszał ten dźwięk…
Olśnienie spłynęło na niego jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, co było wyjątkowo znamienne jak na warunki hogwarckie. Teraz już wiedział, skąd kojarzył Helenę oraz dlaczego Lily tak dziwnie zareagowała podczas ich ostatniej kłótni, kiedy dał jej do zrozumienia, że nie wie, kim jest blondynka.
Teraz niestety sobie przypomniał. Uświadomił sobie, że to właśnie ona była rzeczoną przyjaciółką jego siostry, o której wspominał mu nie tak dawno Ted…
– No nie mów, że ona jest normalna – skomentował Eddie, patrząc za szybko oddalającą się, rudowłosą dziewczynką. – Ja wiem, że to twoja siostra, ale rodziny się nie wybiera, więc nie przejmuj się, że to wariatka.
– Zamknij się, Frawn – odburknął James, targając zamaszyście swoje brązowe włosy. – Znam o wiele więcej wariatów w tej szkole.
– Z nami na czele – zgodził się z nim przyjaciel, wyrzucając do góry ręce w teatralnym geście.
Potter wywrócił na to oczami i sięgnął do prawej kieszeni spodni, wyciągając z niej kilka cukierków.
– Masz, dobrze ci zrobią.
Zamykajki ze sklepu twojego wujka? Dobrze wiesz, że nie dam się na to nabrać, frajerze.
– Zawsze można mieć nadzieję. Ogarnij lepiej dupę, bo twoja ukochana tu idzie.
– Co? – krzyknął Eddie, zeskakując z parapetu, na którym przed chwilą praktycznie leżał, i rozglądając się nerwowo dookoła.
Z tego samego korytarza, w którym przed chwilą zniknęła Lily, szła ścięta na pazia, niska blondynka, stukając rytmicznie butami na wysokich koturnach.
– Potter, Frawn, co wy znowu wyprawiacie? – warknęła, gdy do nich doszła.
– Nic takiego, Griffen – odpowiedział James, uśmiechając się złośliwie, i wskoczył na zwolniony przez Frawna parapet. – Jesteśmy sobie na korytarzu w trakcie przerwy od zajęć. Z tego, co wiem, jeszcze nikt tego nie zakazał.
– Wam powinni – stwierdziła lodowato Ive, poprawiając krukoński szalik owinięty wokół szyi. – Nie wiem, co nagadaliście Lily, że płakała, gdy ją mijałam, ale myślałam, Potter, że przynajmniej swoją rodziną choć trochę się interesujesz, skoro tak się chwalisz własnym ojcem.
– Ej, Griffen, bez takich – odezwał się Eddie, nerwowo patrząc to na Ive, to na Jamesa. Nie uśmiechało mu się wybieranie między lojalnością wobec przyjaciela a Już-Niedługo-Obecnej-Dziewczyny. Musiał ją tylko do tego przekonać; kwestia czasu.
– Ej, Frawn, a może z takimi? – zironizowała Krukonka, gromiąc go spojrzeniem.
– McGonagall chyba musiała zgubić okulary, jak wybierała prefektów na naszym roczniku. Niby taka jesteś porządna, niby taka prawa, a równie z ciebie spore ziółko co z nas – skomentował James, bekając głośno.
Eddie zaśmiał się, lecz pod wpływem spojrzenia Ive postanowił przerobić to niezbyt udany napad kaszlu.
– Myślałam, że Huncowotom Dwa nikt nie jest w stanie dorównać – odparowała Griffen. – Oprócz pierwowzoru. A zdawałoby się, że powinniście być we wszystkim najlepsi. Prócz zachowywania się jak ludzie, oczywiście.
– Słuchaj, panno mądralińska. – Czując narastającą irytację, James zeskoczył z parapetu i stanął tak blisko niej, że czuł jej oddech na twarzy. – Możesz sobie gadać, co chcesz, ale wara od mojej siostry. Może i jest wkurwiająco natrętna, ale tobie nic do tego! A ty, Frawn, nie będziesz już jej nic mówić, zrozumiano? To moja sprawa, jak sobie z nią radzę. Spieprzam stąd. I ogarnij dupę – rzucił po raz drugi na odchodnym.
Widząc przerażone spojrzenie Eddiego, Potter wiedział, że jego przyjaciel zrozumiał aluzję.
Cóż, James nigdy nie należał do cierpliwych osób. Nienawidził takich lasek jak Ive, ale jeśli ten idiota się w niej zabujał, to niech ma chociaż jaja, żeby wreszcie ją gdzieś zaprosić. Albo coś, co się robi, jak się ktoś ci się „podoba” nie tylko fizycznie. Sam nie miał takich problemów; dziewczyny same do niego lgnęły, zupełnie jak pszczoły do miodu. A on nie oponował. Były zabawne, a Potter lubił zabawę.
Chłopak ponownie sięgnął do kieszeni, wyciągając mugolskie papierosy, i krótkim machnięciem różdżki podpalił jednego z nich. Pokazał środkowy palec gościowi na jakimś brzydkim obrazie, który zaczął na niego pomstować, i zaciągnął się głęboko. Właściwie to tego nie lubił, zdecydowanie wolał Magiczne Zioło, które jemu i Eddiemu pokazali niedawno siódmoklasiści, ale żeby je zdobyć, trzeba było sporo zapłacić. Szlugi były o wiele łatwiej dostępne, a większość lasek miała dziwne upodobanie do niegrzecznych chłopców z papierosem w ustach.
Albus chyba myślał podobnie, a przynajmniej dopóki James nie przyłapał go na podpalaniu wraz z tym pojebem, Malfoyem, w jednym z kibli na trzecim piętrze i, mówiąc delikatnie, wybił mu głupoty z tego ciemnego łba. Dzieciak ledwo skończył czternaście lat, będzie sobie jeszcze jarał. Kiedyś.
Gryfon skutecznie ignorował fakt, że był starszy od Albusa jedynie o rok i cztery miesiące.
Przechodząc obok okna, spojrzał na majaczące w oddali drzewa i momentalnie pomyślał o ukochanym quidditchu. Z trudem powstrzymywał się od wyrzucenia niedopalonego papierosa za okno. W końcu to nie poprawiało kondycji, ale musiał dbać o wizerunek.
– A tam, wszystko jedno – mruknął i przycisnął peta do ściany, drugą ręką po raz kolejny targając brązowe włosy.
W tym samym momencie usłyszał z tyłu dziwny chichot. Odwrócił się gwałtownie, a jego oczom ukazała się jakaś małolata. Wyglądała całkiem… słodko, jakby to powiedziała Olivia, jego kumpela z Hufflepuffu, a jednocześnie jedyna dziewczyna, którą traktował jak chłopaka. Jaśniutkie włosy miała zaplecione w dwa, długie warkoczyki, a niebieskie, ogromne oczy wpatrywały się w niego z fascynacją.
James poczuł się niezręcznie. Rozumiał, że laski szaleją na jego punkcie, ale dziecko… To nie było normalne. Ona nie wyglądała nawet na jedenaście lat!
– Zgubiłaś się, mała? – zapytał, przerywając niezręczną ciszę.
W odpowiedzi dziewczynka pokręciła głową, nadal wpatrując się w niego jak w obrazek.
– Poczekaj, ja cię chyba kojarzę. Jesteś Gryfonką, nie? – zawołał po chwili wyjątkowo dumny z siebie. Rose, jego denerwująca kuzynka, zarzuciła mu niedawno, że nie dostrzega niczego, co go nie interesuje. Nie rozumiał, dlaczego niby miałby tak robić, to byłoby nielogiczne. Choć teraz akurat uczynił w ten sposób i nawet nie poczuł się specjalnie wkurzony.
Dziewczynka pokiwała ochoczo głową, nadal nic nie mówiąc. Nie odpowiedziała również na kolejne jego pytania – o imię czy miejsce, do którego zmierzała. James, cudem powstrzymując się od przekleństwa i wywrócenia oczami, zaproponował:
– Chodź, odprowadzę cię do wieży.
Po drodze nie odzywali się do siebie. Dla Pottera było to tak nienaturalne, że nie wiedział, jak się zachować. Dlatego w końcu zaczął opowiadać małolacie o różnych, mniej znanych przejściach w zamku. Na to dziewczynka wreszcie się odezwała i drżącym głosem poinformowała go, że chodzi do drugiej klasy, co zbiło chłopaka z tropu. Czy był aż tak nieuważny?
Na szczęście chwilę potem znaleźli się pod portretem Grubej Damy. Zanim blondyneczka weszła do środka, popatrzyła na niego z tak ogromnym uśmiechem na twarzy, że poczuł się zażenowany. To było dla niego tak nienaturalne uczucie, że nawet nie wiedział, czy dobrze je nazwał. Dla przykładu nigdy nie czuł się głupio, gdy po raz dostawał szlaban, a zarobił ich na swoim koncie pewnie z tysiąc. Właściwie uwielbiał te chwile, ponieważ potwierdzały, że żarty Huncowotów Dwa są dobre. Każdy wiedział, że nauczyciele nie znali się na zabawie.
Kilka dni później, gdy James zdążył już dawno zapomnieć o nieśmiałej drugoklasistce, Lily urządziła mu awanturę. Jak zwykle wybrała po prostu idealny moment. Wraz z przyjaciółmi siedział na błoniach, korzystając z wciąż znośnej, ale coraz bardziej kapryśnej, jesiennej pogody, i po raz kolejny omawiał pierwszą próbę Eddiego zaproszenia Griffen na randkę. Tak jak się spodziewał, odpowiedź Krukonki okazała się odmowna i została okraszona wieloma mało chwalebnymi epitetami. Potter nie rozumiał, dlaczego Frawn aż tak się wkurzał, gdy mu to przypominał. Przecież nie mógł na serio zabujać się w tej chorej na głowę Krukonce?
Oni nie bujali się w dziewczynach, taka była jedna z Żelaznych Zasad Huncwotów Dwa. Każdy wiedział, że to coś takiego mogłoby stać się problematyczne dla ich przyjaźni. James nie był w stanie uwierzyć, że Eddie naprawdę tego nie rozumiał, i wolał nie dopuszczać do siebie tak strasznego scenariusza.
W chwili, gdy – idealnie naśladując sposób mówienia Ive – Potter po raz kolejny odgrywał scenę, której nie widział, jak zwykle niespodziewanie pojawiła się Lily. Wściekle czerwona na twarzy rzuciła się na niego, krzycząc coś kompletnie niezrozumiałego. Olivia odciągnęła ją od niego. Dopiero wtedy udało się zrozumieć cokolwiek z tego, co wrzeszczała jego kochana, młodsza siostrzyczka:
– Myślisz, że to zabawne?! We wszystko się wpieprzać? Nie masz swoich przyjaciół, że musisz zabierać mi moich?
James nic z tego nie rozumiał i nawet nie chciało mu się próbować. Mała niesamowicie go denerwowała. Nawet nie usiłowała pojąć, że James nie był, nie jest i nie będzie jej niańką. Gdy zaczęła naukę w Hogwarcie, oprowadził ją po szkole, dał wskazówki związane z poszczególnymi przedmiotami oraz opowiedział co nieco o nauczycielach. Dlaczego nie mogła wreszcie zacząć sobie radzić sama? W tamtym roku może miał na nią więcej czasu, ale teraz wszystko się zmieniło! Był starszy i miał na głowie ważniejsze sprawy. Po co komplikowała mu życie? Potter cenił sobie prostotę. Dlatego właśnie w odpowiedzi powiedział jej całą prawdę: że ma własnych przyjaciół, którzy właśnie ich obserwują, oraz że powinna wreszcie zająć się sobą, a tym samym odwalić od niego.
I tak był miły. Nie przeklął na nią, nie wyśmiał, nie poszedł sobie. To ona odeszła, ale co niby miał zrobić? Gdyby naprawdę jej coś dolegało, nie zawahałby się nawet chwili, by pomóc. Była jego siostrą, a on interesował się swoją rodziną wbrew temu, co pieprzyła Griffen.
Nie interesował się za to kompletnie niezrozumiałymi cyrkami, które Lily odstawiała na oczach jego paczki…
James musiał mrugnąć kilkanaście razy, nim jego wzrok przyzwyczaił się do widoku hogwarckiego korytarza, który nagle wydał mu się wyjątkowo nieprzyjemny. Być może wiązało się to z panującą ciszą, być może z coraz mniejszą ilością światła wpadającą przez stare okna, a być może z wyjątkowo parszywym nastrojem, który niespodziewanie nim zawładnął. Chłopak nie miał w zwyczaju rozpamiętywać przeszłości – nie wiedział tylko, czy bardziej chodziło o wrodzony brak takiej potrzeby czy o to, co ta przeszłość w sobie skrywała.
– Potter, co ty tu robisz?! Lepiej mi dobrze wytłumacz, dlaczego WCIĄŻ nie ma cię w bibliotece, a ja muszę latać za tobą po całym zamku?
Rose Weasley, niczym ognisty demon, zbliżała się do niego w zastraszającym tempie. James zdążył tylko przełknąć ślinę, zanim kuzynka stanęła tuż przed nim, krzyżując ręce i wpatrując się w niego z pełnym wściekłości oczekiwaniem.
Najwyraźniej postanowiła być na tyle łaskawa, że dawała mu możliwość wypowiedzenia na głos ostatniego życzenia, nim ostatecznie zakończy jego żywot. Zaczerpnął więc głęboko powietrza i zapytał:
– Czy Lily przyjaźniła się kiedyś z Heleną Smith?
Pełne zaskoczenia spojrzenie Rose, które otrzymał w odpowiedzi, paradoksalnie nie poprawiło mu humoru.
Wręcz przeciwnie: spowodowało, że siła ucisku w jego żołądku tylko się zwiększyła.

***

Nie wytrzmałam ani do ósmego, ani do dziewiątego... Oto najdłuższy rozdział w historii, mam nadzieję, że się Wam spodoba. Kolejny dodam w pierwszej połowie lipca, zacznę do pisać dopiero pod koniec czerwca.
Jestem ciekawa... najpierw chciałam napisać, co myślicie o Jamesie, ale właściwie to jestem ciekawa Waszych przemyśleń wobec wszystkich fragmentów. Powrót do Lily nastąpi w następnym poście. No i muszę chyba zacząć uchylać bardziej rąbka tajemnicy co do sprawy Albusa, szczególnie że tutaj właściwie nic na ten temat nie było. Eh, a chciałabym to trzymać w sekrecie jeszcze dłużej ;p.
Jeśli chodzi o powiadomienia, postaram się to zrobić w czwartek, a jeśli nie, to w przyszłym tygodniu. Jestem w trakcie sesji, a ta notka pojawia się tylko dlatego, że napisałam ją dobrze ponad miesiąc temu.